środa, 20 sierpnia 2014

Co czytam, co oglądam, czyli historyczny sierpień

Ten miesiąc jest dla mnie dość intensywny, także pod względem czytelniczym i filmowym. Nie wiem, czy dałabym radę napisać osobne recenzje dla każdej nowo poznanej książki i filmu, niemniej jednak chciałabym chociaż po części opowiedzieć Wam o tym co warto przeczytać i obejrzeć, dlatego przygotowałam na dziś taki zbiorczy post.

Lato zdecydowanie upływa mi pod znakiem biografii. Na dziesięć książek, które przeczytałam, tylko jedna była powieścią (Katedra Maryi Panny w Paryżu V.Hugo). Z najświeższych lektur najlepszą okazała się Kiedy miłość była krwiożercza Guya Bretona, opisująca kulisy rewolucji francuskiej. Nie przypuszczałam, że czytanie o życiu uczuciowym Dantona, Robespierre'a czy Desmoulinsa będzie dla mnie powodem do zarwania nocy. O wątku Marii Antoniny już nie wspominając, choć jej historię znam na pamięć i nie była w moim odczuciu takim zaskoczeniem, jak rozdziały poświęcone wyżej wymienionym panom. Książka obfituje we fragmenty listów i bogatą bibliografię, co jest ważne w tego typu literaturze, mogę więc przyczepić się jedynie do kilkukrotnego przekręcenia nazwiska Fersena. Druga książka Bretona to Lotny szwadron swawolnych pań, poświęcona ostatnim Walezjuszom - od Ludwika XI po Henryka III, a konkretniej kobietom, które kryły się za postaciami znanych władców. Jestem dopiero na pierwszych stronach tego tomu i zapowiada się naprawdę ciekawie. W międzyczasie podczytuję Pamiętniki Hortensji i Marii Mancini. Chęć na tę lekturę przyszła mi po obejrzeniu musicalu Le Roi Soleil, gdzie Maria jest jedną z głównych bohaterek, a miłością darzy ją sam Ludwik XIV.


 Jeśli chodzi o filmy, przypadkiem trafiłam na ekranizację losów Abelarda i Heloizy. "Abelard i Heloiza" brzmiało mi jakoś znajomo... Po przeczytaniu opisu filmu okazało się, że chodzi o legendarnych średniowiecznych kochanków i zarazem symbol nieszczęśliwej miłości. Miłości pomiędzy nauczycielem a uczennicą, dodajmy. Zaciekawiona postanowiłam obejrzeć film, a potem poszperać trochę w biografiach tych dwojga, by sprawdzić, czy przypadkiem wydarzenia z filmu nie mijają się z prawdą. No i się nie mijają. Więc z czystym sumieniem polecam! Historia Abelarda i Heloizy to dobry przykład na to, że samo życie pisze najbardziej pokręcone scenariusze.
Kolejny film to Belle, którego główną bohaterką jest ciemnoskóra córka brytyjskiego arystokraty. Jako kilkuletnia dziewczynka zostaje oddana na wychowanie krewnym i odtąd musi stawić czoła nietolerancji oraz uprzedzeniom w stosunku do jej pochodzenia.
Ogólnie film oceniam pozytywnie za problematykę jaką porusza oraz piękną oprawę wizualną, jednak aktorsko i fabularnie coś mi tu nie grało. Miałam nadzieję na coś zupełnie nowego, a dostałam powielenie schematu z jakim współcześnie kręci się przeciętny film kostiumowy. Wiele wątków zostało niedokończonych, a końcowe sceny ciągnęły się niemiłosiernie. Niemniej obejrzeć warto, choćby dla pięknych sukien i uroczej odtwórczyni głównej roli.

Rasputin to zdecydowanie najmocniejszy punkt w tym zestawieniu. Jakoś nigdy nie miałam okazji obejrzeć tego filmu, a historia ostatnich Romanowów zawsze wydawała mi się intrygująca. W roli Rasputina... Alan Rickman! Szczerze mówiąc szczena mi opadła, bo zagrał koncertowo, a byłam przekonana, że Rickman jako Rasputin to będzie porażka. Reszta obsady również znakomita, choćby Ian McKellen w roli cara. Chyba nigdy nie zapomnę tych dwóch godzin, które spędziłam jak na szpilkach oglądając ów film. Już sam początek, gdzie mały carewicz jako narrator opowiada o "wspaniałym ojcu Grigoriju" i przed oczami ukazują się nam kości carskiej rodziny był przerażający. Jeśli interesujecie się ostatnimi latami dynastii Romanowów i uwielbiacie Alana Rickmana (oraz jego głos!), jest to dla Was pozycja obowiązkowa!

środa, 13 sierpnia 2014

Miłosny sekret Dickensa, czyli "Kobieta w ukryciu" (2013)

Każdy człowiek stanowi niezgłębioną tajemnicę dla innych ludzi. Tymi słowami rozpoczyna się film, którego głównym bohaterem jest Charles Dickens, jeden z najwybitniejszych angielskich pisarzy XIX wieku, a zarazem mąż i ojciec gromadki dzieci. Dickens będący u szczytu popularności, podziwiany za swą twórczość oraz pomoc najuboższym, skrywa pewną tajemnicę, a jest nią młodziutka aktorka Nelly Ternan. Wzajemna sympatia oraz nić porozumienia pomiędzy tym dwojgiem przeradza się w miłość, która będzie trwała aż do śmierci wielkiego powieściopisarza.

Nigdy nie zagłębiałam się na tyle w życiorys Dickensa, by stwierdzić, że wszystkie wydarzenia zawarte w filmie są wiarygodne. Choć po przeczytaniu kilku recenzji wywnioskowałam, że zadbano, aby treść scenariusza była zgodna z rzeczywistością. Wyreżyserowania Kobiety w ukryciu podjął się jeden z najbardziej lubianych brytyjskich aktorów, Ralph Fiennes. Na dodatek sam siebie obsadził w roli Dickensa. A w jego ukochaną Nelly wcieliła się Felicity Jones, znana z takich filmów kostiumowych jak Opactwo Northanger czy Chéri.


Kobieta w ukryciu urzekła mnie przede wszystkim swym wiktoriańskim, nieco melancholijnym nastrojem, przywodzącym na myśl najnowszą wersję Jane Eyre, Jaśniejszą od Gwiazd czy Fortepian. Zachwycające kostiumy, zapierające dech w piersiach widoki, wnętrza budynków i sam fakt, że akcja dzieje się w XIX wieku wydał mi się największą zaletą tego filmu. I nie chodzi o to, że aktorsko wypadł źle. Bo Ralph Fiennes zagrał wspaniale, śliczna Felicity Jones również potrafiła ukazać całą gamę emocji. Jednak czegoś w tym filmie mi zabrakło. I gdyby nie piękna otoczka, oglądanie go nie sprawiłoby mi już takiej przyjemności, nawet nie wiem czy dotarłabym do napisów końcowych...

Felicity Jones i Ralph Fiennes, Kobieta w ukryciu (2013), reż. Ralph Fiennes, Photo: David Appleby / Sony Pictures Classics.
Pomimo całej sympatii do twórczości Dickensa, nie zdołałam polubić go w tym filmie jako człowieka. Pisarzem był wybitnym, lecz jego postawa w życiu prywatnym pozostawia sobie wiele do życzenia. Obok romantycznej historii miłosnej mistrza i jego największej wielbicielki rozgrywa się dramat porzuconej żony oraz dzieci, wyraźnie zdezorientowanych zaistniałą sytuacją. Moment w którym Katarzyna Dickens daje upust skrywanym przez ponad połowę filmu emocjom, płacząc w ramionach najstarszego syna, poruszył mnie bardziej niż miłosne wyznania Nelly i Charlesa. Sama postać młodej aktorki jest dość zagadkowa. Nie do końca wiadomo, czy kochała Dickensa jako mężczyznę, czy darzyła uczuciem jedynie jego talent, mając świadomość, że wybranek jest tym wielkim Dickensem, którego uwielbia cała Anglia.

Czy polecam ten film? Tak, jeśli lubicie filmy kostiumowe, chcecie nacieszyć oczy pięknem XIX wieku i poszukać inspiracji. Nie, jeśli oczekujecie porywającej fabuły i wspaniałych bohaterów.

środa, 6 sierpnia 2014

Notre-Dame de Paris - o musicalu i powieści

Pamiętam, że jako kilkuletnia dziewczynka nie lubiłam Dzwonnika z Notre-Dame. Tak, chodzi mi o tę bajkę Disneya. Co prawda szkoda mi było Quasimodo, ale nie do końca rozumiałam dlaczego Frollo, czyli  ten "okropny dziadek" nienawidzi Esmeraldy. Co złego zrobiła mu biedna dziewczyna, że tak bardzo pragnie jej śmierci? Teraz, po kilkunastu latach powróciłam do tej historii, tzn. do oryginału - Dzwonnika z Notre-Dame, jakiego stworzył Victor Hugo w swej powieści Katedra Maryi Panny w Paryżu, która jak się okazało ma niewiele wspólnego z bajkową wersją Disneya. Po książkę postanowiłam sięgnąć tuż po obejrzeniu kolejnego francuskiego musicalu, który jest dość zgodny z pierwowzorem.

Co mnie zdziwiło, Victor Hugo nie uczynił głównym bohaterem swej książki ani Quasimodo, ani Esmeraldy. Na pierwszy plan wysuwa się za to postać archidiakona Klaudiusza Frollo. Poznajemy go jako człowieka całym życiem oddanego Bogu i nauce. W młodym wieku narzucił sobie surową dyscyplinę, a uczuciem wśród wszystkich istot ludzkich darzył jedynie młodszego brata, którego adoptował po śmierci rodziców. Jan, bo tak braciszek miał na imię, pomimo wielkich nadziei Klaudiusza i ogromu jego braterskiej miłości wyrósł na niezłego hulakę. Kiedy pewnego dnia Frollo widzi na ulicy porzucone dziecko, w dodatku dziwnie zniekształcone, postanawia je przygarnąć w imię odpokutowania grzechów swego brata. Mały Quasimodo dorasta pod okiem archidiakona, świadomy swej szpetoty i ułomności zachowuje się w stosunku do niego jak wierny i pełen wdzięczności pies, nieodstępujący swego pana na krok. Życie Klaudiusza i Quasimodo toczy się głównie w murach Katedry Maryi Panny. Obaj są samotnikami - Frollo uważany przez prosty lud za czarnoksiężnika zgłębia tajniki nauki i rozmyśla nad sprawami wiary, a Quasimodo z powodu własnej brzydoty nie wychodzi z kryjówki. Wszystko zmieniła się, kiedy na plac przed katedrą przybywają Cyganie, a konkretniej piękna tancerka Esmeralda. Quasimodo zachwycony jest urodą dziewczyny, podobnie jego mistrz dotychczas nieczuły na wdzięki kobiet odkrywa w sobie nowe, całkiem obce uczucia. Wobec Esmeraldy nie pozostaje również obojętny kapitan Febus. A temu wszystkiemu przygląda się uliczny poeta i filozof - Piotr Gringoire.


Ogólnie książka (jak i musical) jest niesamowita, choć przyznam, że czytałam ją z ciężkim sercem. Victor Hugo nie bał się zajrzeć w głąb duszy swoich bohaterów, wydobyć z nich wszystkie wady i najczarniejsze myśli. Lecz nie są to ludzie do szpiku kości źli, mają swoje zalety, chcą przede wszystkim kochać i być kochanym. Chyba najlepiej widać to na przykładzie Frolla, którego uczucie do kobiety zupełnie zgubiło, doprowadzając go do obsesji graniczącej z opętaniem. Jest to jednak postać niezwykle skomplikowana, której mimowolnie człowiek  zaczyna współczuć. Świetnie skonstruowany został również Piotr Gringoire, który swą osobą rozjaśnia karty powieści i równoważy mroczną atmosferę gromadząca się wokół katedry i jej mieszkańców. Swoją drogą, tytułowa Katedra Notre-Dame dostała od Victora Hugo bardzo bogaty i szczegółowy opis, podobnie jak cały piętnastowieczny Paryż. I z miejsca się przyznaję, że rozdziały poświęcone architekturze czytałam z lekkim zniecierpliwieniem w oczekiwaniu na dalsze losy bohaterów.


Notre-Dame de Paris jako musical ciężko porównywać z Le Roi Soleil czy Mozart l'Opera Rock, bo to zupełnie inna kategoria. Nie ujrzymy tu ani pięknych dekoracji, ani zapierających dech w piersiach strojów. Scenografia oraz kostiumy ograniczone zostały do minimum i w tym przypadku jest to niewątpliwie doskonały zabieg. Całą uwagę widza mają skupiać aktorzy występujący na scenie i ich emocje, bardzo intensywne zresztą. A uczucie towarzyszące mi samej podczas oglądania Notre-Dame de Paris to nic innego jak czysty zachwyt. Musical jest bardzo dobrze przemyślany co do minuty. Godne podziwu są również umiejętności wokalne wszystkich artystów wcielających się w poszczególne role. Największe wrażenie zrobili na mnie Daniel Lavoie jako Frollo i Bruno Pelletier jako Gringoire (wydali mi się najbardziej charyzmatyczni). Obok tych dwóch panów mamy przyjemność słuchać i oglądać same gwiazdy francuskiej sceny muzycznej, które właśnie od występu w Notre-Dame de Paris rozpoczynały swe światowe kariery. Mam na myśli oczywiście Garou (Quasimodo), Julie Zenatti (Fleur-De-Lys), Hélène Ségarę (Esmeralda), czy Patricka Fiori (Febus).


Dalsze pisanie ochów i achów na temat Notre-Dame de Paris jako książki i musicalu chyba nie ma sensu, bo ta notka nie miałaby końca. Najlepiej będzie jeśli sami sięgniecie po powieść Victora Hugo, albo obejrzycie spektakl. Bo naprawdę warto. Jest to coś niezwykłego, coś co zostaje w pamięci na długi czas.

piątek, 1 sierpnia 2014

Maria Antonina w wersji black & white - "Marie Antoinette" (1938)

Norma Shearer w filmie Maria Antonina (1938)  
reż W.S. Van Dyke, Julien Devivier
Aż sama jestem zdziwiona, że tak długo nie pisałam o żadnym filmie, przydałoby się nadrobić zaległości. Jest ku temu okazja, bo wczoraj skończyłam oglądać Marię Antoninę z 1938 roku. Rozplanowałam ją sobie na dwa dni (ponieważ trwa dwie i pół godziny, a wątków i tak nie sposób pogubić, bo całą historię znam na pamięć). Film tradycyjnie rozpoczyna się od momentu, gdy Maria Teresa oznajmia swej córce, Marii Antoninie, że ma być poślubiona delfinowi Francji. Gdy austriacka arcyksiężniczka przybywa na dwór Ludwika XV jest lekko rozczarowana przyszłym małżonkiem, jednocześnie zjednuje sobie serca większości mieszkańców Wersalu, a potem śmiało korzysta z uroków bycia delfiną Francji. Jak każdy wie, słono jej przyjdzie za to zapłacić.

Film nakręcono na podstawie biografii Marii Antoniny autorstwa Stefana Zweiga (którą akurat obecnie czytam). Jeśli brać pod uwagę jej objętość (370 stron drobnego druku) i czasy w których film powstawał, można powiedzieć, że jest on dość wierną adaptacją książki. Doszłam również do wniosku, że ta właśnie ekranizacja jest o wiele bliższa prawdzie historycznej niż sławna produkcja Sofii Coppoli.


Czarno - białe filmy mają swój urok. Lubię je, choć zazwyczaj nie wywołują we mnie głębszych emocji. Dlaczego? Bo podczas ich oglądania mam pełną świadomość, że wszystko zostało wyreżyserowane. Byłam ciekawa jak to będzie wyglądało w przypadku Marii Antoniny, czy uronię łezkę nad nieszczęsnym losem królowej? Czy ten film będzie w stanie mnie poruszyć? Przyznam, że tak. Na swój sposób był wzruszający, były momenty gdzie nieco drewniana na dzisiejsze standardy i teatralna gra aktorska pozytywnie mnie zaskoczyła. Do takich scen mogę zaliczyć np. przyjazd Marii Antoniny do Wersalu i jej reakcję na widok Ludwika, następcy tronu i swego przyszłego męża - bezcenne. Albo z tych tragiczniejszych fragmentów filmu - gdy odbierają uwięzionej królowej ukochane dziecko. To też było bardzo dobrze zagrane.

W scenariuszu ujęte zostały wszystkie najważniejsze wydarzenia z życia Marii Antoniny. Jednym ze scenarzystów, aczkolwiek niewymienionym w czołówce, jest sam Francis Scott Fitzgerald (to taka mała ciekawostka). Co najbardziej rzuca się w oczy podczas oglądania filmu? Oczywiście wszechobecny przepych, w dodatku sporo moim zdaniem przesadzony. Ale to jest właśnie charakterystyczne dla dawniejszych filmów, że przerysowują nieco rzeczywistość i oglądając je po kilkudziesięciu latach po prostu trzeba przymknąć na to oko.

Norma Shearer w tytułowej roli, Maria Antonina (1938), reż W.S. Van Dyke, Julien Devivier
Myślę, że najmocniejszą zaletą tej produkcji jest genialny dobór aktorów. Maria Antonina w końcu ma swą królewską godność, jest delikatna i uczuciowa, a zarazem odważna i dumna. Norma Shearer to bez wątpienia najlepsza Antoinette jaką widziałam. Podobnie Robert Morley jako Ludwik XVI jest bardzo bliski oryginału - te nosowe brzmienie głosu, sposób poruszania się i symboliczne jabłko w kieszeni (bo Jego Wysokość ze wszystkich możliwych zajęć najbardziej lubił... jeść) sprawiły, że naprawdę skłonna byłam uwierzyć, że oglądam jakiś archiwalny dokument przedstawiający ówczesnego króla Francji. Ogólnie większość postaci zachowało wizerunek bardzo podobny do rzeczywistego. Nawet Danton i Robespierre (tak, pojawili się na chwilę na ekranie) jakoś dziwnie przypominali samych siebie. I to akurat uważam za niesamowite!

Robert Morley jako Ludwik XVI , Maria Antonina (1938), reż W.S. Van Dyke, Julien Devivier
Myśleliście, że zapomniałam o Fersenie? O nie, nie, po prostu najsmaczniejszy kąsek zostawiłam na koniec. Fersen to trochę ciężki orzech do zgryzienia, bo jego gra aktorska (tzn. Tyrone Powera) wydawała mi się najbardziej drewniana, ale z drugiej strony - ukochany Marii Antoniny nigdy nie był nazbyt wylewny, cechowała go pewna surowość typowa dla Skandynawów, więc chyba nie ma sensu się czepiać. Choć jakby nie patrzeć, wszystkie niedostatki gry aktorskiej Power wynagradza swoim wyglądem. Jak donoszą źródła historyczne hrabia Hans Axel von Fersen był przystojnym, wysokim, szczupłym mężczyzną o pociągłej twarzy. Miał niemal czarne oczy i wyraźnie zarysowanie brwi. Tak więc pod względem wizualnym ten Fersen podoba mi się może i bardziej niż Jamie Dornan z filmu Coppoli. Swoją drogą, ostatnimi czasy Dornan strasznie zbladł w mych oczach jako aktor (ale zostawmy ten temat) i działa to na korzyść Powera, którego mogę uznać za najlepszego Fersena jakiego kino stworzyło.

Tyrone Power jako hrabia Hans Axel fon Fersen, Maria Antonina (1938), reż W.S. Van Dyke, Julien Devivier
Czy polecam ten film? Jasne, że tak! Jednak pod warunkiem, że lubicie dawniejsze kino i interesuje Was historia Marii Antoniny. Bo jeśli ani jedno ani drugie specjalnie Was nie kręci, uśniecie po pierwszych dwóch minutach. Dla mnie był to wyjątkowo udany seans, ciekawie było przyjrzeć się losom nieszczęsnej królowej oczami ludzi żyjących w latach 30-tych ubiegłego stulecia.

niedziela, 27 lipca 2014

Le Roi Soleil - francuskie musicale część II

Le Roi Soleil obejrzałam dopiero kilka dni temu, choć liczy sobie prawie dziesięć lat. Żeby było zabawniej, znam od dawna niemal wszystkie piosenki z tego musicalu, niestety jego samego w całości nigdzie nie mogłam dorwać. I w końcu udało się!

Jak sam tytuł wskazuje głównym bohaterem musicalu jest Ludwik XIV. Zanim stanie się Królem Słońce, poznajemy go jeszcze jako młodzieńca, szalenie zakochanego w siostrzenicy kardynała Mazarina, pięknej Marii Mancini. Dziewczyna odwzajemnia jego uczucia, młodzi przyrzekają sobie miłość i wierzą, że już tylko śmierć jest w stanie ich rozłączyć. Niestety, małżeństwo Ludwika z niższego stanu kobietą nie może dojść do skutku. Następca tronu dla zapewnienia pokoju w Europie musi ożenić się z hiszpańską infantką Marią Teresą i tym samym zakochani zostają brutalnie rozdzieleni. Wkrótce umiera wyznaczony na regenta Mazarin i 22-letni Ludwik zyskuje pełnię władzy. Zaczyna wprowadzać reformy w państwie, umacnia swą władzę i dąży do uczynienia z Francji mocarstwa, angażując się przy tym w coraz to nowe romanse.

Ach, co to były za wspaniałe dwie godziny! W poprzedniej notce zachwycałam się Mozart l'Opera Rock, a teraz dostałam zupełnego świra na punkcie Le Roi Soleil. Co prawda MOR nadal zostaje moim ulubionym musicalem pod względem muzycznym, bo każda piosenka z niego pochodząca to istny majstersztyk. Z kolei Le Roi Soleil pokochałam za fabułę, niesamowity nastrój, rozmach z jakim zrobiono ten musical oraz przepiękne teksty piosenek. Przyznaję się bez bicia, że przez połowę spektaklu miałam łzy w oczach.

 
Le Roi Soleil to nie tylko Ludwik i jego ukochana Maria. Mamy też niesfornego i zblazowanego królewskiego brata - Filipa, zwanego Monsieur, w którego brawurowo wcielił się Christophe Maé. Cóż on wyczyniał na tej scenie, niemal akrobacje! Wiele razy pojawia się także zbuntowany przeciw absolutyzmowi Diuk de Beaufort oraz towarzysząca mu dziewczyna z ludu. Obserwujemy również losy przyszłej markizy de Maintenon, Françoise d'Aubigné i związek króla z podstępną markizą de Montespan. No i cóż, ciężko powiedzieć kto jest moim faworytem... Chyba najbardziej dałam się oczarować samemu Ludwikowi XIV, którego zagrał Emmanuel Moire. Emmanuel chwycił mnie za serce swą wrażliwością i sceniczną ekspresją, już samo patrzenie na jego twarz podczas występów to było coś magicznego. Zupełnie nie dziwię się, że rola króla przyniosła mu wielką sławę, bo trzeba to przyznać - jest niezwykłym artystą o pięknej, aksamitnej barwie głosu, której nie sposób się oprzeć.


Musical ten sprawił, że nabrałam chęci by szerzej zainteresować się historią Francji za czasów panowania Ludwika XIV, jestem też ogromnie ciekawa pamiętników Marii Mancini, które ukazały się w polskim nakładzie. No i mam coraz większy apetyt na kolejne francuskie musicale oraz nadzieję, że uda mi się zobaczyć jeszcze coś tak dobrego jak LRS albo MOR. Tym samym gorąco namawiam i Was do zapoznania się choćby z Le Roi Soleil, klasyką gatunku. W moim przypadku te dwie godziny poświęcone na obejrzenie spektaklu minęły błyskawicznie, ani przez chwilę się nie nudziłam i jestem pewna, że jeszcze nie raz wrócę do tego fascynującego widowiska.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...