sobota, 17 stycznia 2015

Niezwykłe suknie z wiktoriańskich obrazów + plany i przemyślenia na 2015 rok

Uff, nareszcie nowy post! Nie zdążyłam się z Wami jeszcze przywitać w nowym, 2015 roku, więc witam się dziś. Jak wiecie nie robiłam też żadnego podsumowania ostatnich dwunastu miesięcy, jednak chyba gołym okiem widać, że przez ten rok blog nieźle się rozwinął. :) I nie wiem jak Wy, ale ja jestem zadowolona z kierunku w jakim zmierzają ostatnie wpisy. Od jakiegoś czasu postanowiłam całkowicie skupić się na tematyce kostiumowo - historycznej (dotyczy to głównie recenzowanych książek i filmów), a zrezygnować z postów, których treść nie miałaby nic wspólnego z jakąkolwiek dawniejszą epoką. Porzuciłam też typowe zapychacze, czyli posty w stylu "nowe nabytki i drobiazgi", obecnie wrzucam to wszystko na facebooka zamiast zaśmiecać bloga. Nie myślcie tylko, że teraz spocznę na laurach. Wiele rzeczy nadal chciałabym zmienić, przede wszystkim poprawić jakość tekstów, które tu umieszczam. Ogólnie pomysłów na dalszy rozwój bloga mam cały ogrom, ale na razie nie będę zdradzać, co takiego wymyśliłam - bo nie chcę zapeszać. :) Mam tylko nadzieję, że chociaż część moich planów uda się zrealizować.

Od kilku miesięcy nałogowo przeglądam internet w poszukiwaniu inspirujących XIX-wiecznych portretów itd.
Z racji tego, że czas mnie trochę teraz pogania i mój kontakt z Wami ograniczył się jedynie do fanpage'a, a chciałam dać jakiś znak życia na blogu, przygotowałam na dziś krótkie zestawienie dziesięciu sukni z wiktoriańskich obrazów, które szczególnie mi się podobają. Każda z nich ma w sobie coś wyjątkowego, co przyciągnęło moją uwagę - krój, kolor lub po prostu niesamowitą dbałość twórcy obrazu o szczegóły.

Joseph-Désiré Court - Portrait of Yekaterina Scherbatova (1840) /  źródło
Henriette Cappelaere - Portrait of Elisabeth-Ann Haryett (1850) / źródło
Francesco Paolo Hayez -Portrait of a Venetian woman (1852) / źródło
Ivan Kramskoy - Princess Catherine Alekseevna Vasilchikova (1867) / źródło
Autor nieznany - Portrait of Princess Dagmar of Denmark with her dog (1860) / źródło
 Federico de Madrazo -  Isabel Álvarez Montes (1868) / źródło
Franz Xaver Winterhalter - Hrabina Maria Branicka (1865) / źródło
William-Adolphe Bouguereau - The Countess de Montholon (data nieznana)
Franz Xaver Winterhalter - Adelina Patti (1860) / źródło
Federico de Madrazo - Portrait of Saturnina Canaleta (1856) / źródło
Która z sukni najbardziej przypadła Wam do gustu? :)

wtorek, 30 grudnia 2014

Miasteczko Middlemarch - serial BBC

Miasteczko Middlemarch to serial nakręcony na podstawie powieści wiktoriańskiej autorki Mary Ann Evans, piszącej pod męskim pseudonimem George Eliot. Od razu przyznaję, że książki tej nie czytałam, tak też nie mogę stwierdzić czy jest to w stu procentach wierna ekranizacja. Ale bądź co bądź, seans uważam za bardzo udany, więc myślę, że warto tym, którzy nie znają Miasteczka Middlemarch przybliżyć nieco ową historię.

Dorotea Brooke jest młodą i piękną kobietą, która wiedzie dostatnie życie mieszkając wraz z siostrą i wujem. Posiada spory majątek i samych życzliwych ludzi dookoła, jednak sielankowa egzystencja w pełni jej nie satysfakcjonuje,  bowiem chciałaby poświęcić się wyższym celom i wartościom. Pewnego dnia w odwiedziny do jej wuja przybywa pan Edward Casaubon - człowiek o wybitnym umyśle, który dotychczasowe lata swego życia podporządkował pracy naukowej. W oczach Dorotei pan Casaubon staje się jej autorytetem, podziwia jego wiedzę oraz inteligencję na tyle, że niebawem godzi się wyjść za niego za mąż, bo i panu Casaubonowi, (starszemu już zresztą mężczyźnie) przypadła do gustu oczytana i bystra dziewczyna.

Z biegiem czasu Dorotea odkrywa jednak, że małżeństwo, które jak miała nadzieję - rozwinie ją przede wszystkim intelektualnie, wygląda całkowicie inaczej niż tego pragnęła. Zgorzkniały pan Casaubon niechętnie dzieli się z naszą bohaterką pracą naukową, na co przecież Dorotea najbardziej liczyła. Dodając do tego fakt, że mąż nie okazuje zainteresowania żonie nie tylko w swoim gabinecie, związek ten w ogóle małżeństwa nie przypomina. W tym samym czasie na horyzoncie pojawia się młody i przystojny kuzyn pana Casaubona, buntowniczy Will Ladislaw (w tej roli Rufus Sewell!). Will jak się okazuje ma nasze korzenie - jego babcia wyszła za mąż za ubogiego polskiego muzyka i została przez to wydziedziczona. Tym samym Will Ladislaw jest niemile widziany w Middlemarch przez swojego krewnego. Pan Casaubon choć zgodził się przez rok utrzymywać młodego kuzyna, by w tym czasie odnalazł właściwą drogę życiową, najchętniej zmiótłby go z powierzchni ziemi. A sam Will Ladislaw czuje się zafascynowany mądra i urodziwą panią Casaubon. Niebawem między nimi wytwarza się szczególnego rodzaju więź, lecz Dorotea nie pozwala sobie na romans trwając przy mężu, który wkrótce nieoczekiwanie umiera. Co ciekawe, w testamencie Casaubon oznajmia, że w wypadku małżeństwa Dorotei z Willem, ma ona stracić cały majątek. A pieniądze dla młodej wdowy dużo znaczą, bo dzięki nim może pomagać ubogim, wspomóc funkcjonowanie szpitala i zachować niezależność.

Pieniądze... właściwie to wokół nich w największej mierze kręci się cała fabuła. Kolejnym bohaterem, którego w sumie chyba najbardziej polubiłam (tuż obok Willa) jest lekarz, Tercjusz Lydgate. Doktor Lydgate ma wielkie ambicje, chce całkowicie zreformować medycynę i na obiekt swoich pierwszych działań wybrał małe miasteczko Middlemarch oraz co wzbudziło we mnie natychmiastowy podziw dla jego osoby - w imię własnych idei podejmuje się nawet nieodpłatnej pracy w szpitalu. Tercjusz podobnie jak pan Casaubon całkowicie pochłonięty jest pracą, marzy o tym by odnaleźć "podstawową tkankę", która buduje każdą materię, a co interesujące - Casaubon poszukiwał w swych badaniach "podstawy wszystkich wierzeń jakie istnieją". Nieustanne zaangażowanie w pracę doktora Lydgate'a przerywa spotkanie z miejscowa pięknością, Rosamond Vincy. Śliczna panna zawróciła w głowie młodemu lekarzowi do tego stopnia, że wbrew swoim planom postanawia się z nią ożenić. Tercjusz namiętnie kocha żonę i jest to uczucie odwzajemnione. Niestety sielanka nie trwa długo, gdyż doktorostwo zaczyna żyć ponad stan i tym samym pojawiają się pierwsze kłopoty finansowe, bo Lydgate nie potrafi niczego odmówić swojej słodkiej Rosie, jak ją pieszczotliwie nazywa. I tu nasuwa się dość ciekawy wniosek, że mamy do czynienia z dwoma ostro ze sobą kontrastującymi małżeństwami: jedno jest całkowicie oparte na obustronnym pociągu intelektualnym, drugie na atrakcyjności fizycznej.

Kolejny wątek to miłość hulaki i obiboka Freda Vincy (brata Rosamond) do praktycznej i rozważnej Mary Garth opiekującej się umierającym panem Featherstonem (po którym Fred miał odziedziczyć spadek). Tych dwoje zna się i kocha od dzieciństwa, lecz Mary obiecała sobie, że poślubi Freda (zapomniałam dodać, że gra go Jonathan Firth, brat Colina) jedynie wtedy, gdy zmieni on podejście do życia i się ustatkuje. Inną ciekawą postacią jest niejaki James Chettam, mężczyzna przystojny i majętny, który skrycie podkochiwał się w Dorotei. Gdy wyszła za mąż za starego Casaubona, Chettam poślubił jej siostrę Celię. Jednak nadal żywił szacunek i podziw dla swojej pierwszej miłości. Równie interesującym bohaterem jest zamożny bankier Nicholas Bulstrode, który skrywa pewną tajemnicę, mówiącą o tym jak zdobył cały swój majątek. Wkrótce do Middlemarch przybywa ktoś, kto zna jego niechlubną przeszłość i zaczyna go szantażować.

Naprawdę nie spodziewałam się, że ten serial aż tak mnie wciągnie. Warto zaznaczyć, że Miasteczko Middlemarch to nie tylko obraz społeczeństwa epoki wiktoriańskiej czy poruszające historie miłosne. Wbrew pozorom ten serial skłania nas do głębszej refleksji nad istotą pieniądza, małżeństwa czy ogólnie ludzkiej egzystencji. Szczerze mówiąc, wczuwając się sytuacje poszczególnych bohaterów w wielu momentach towarzyszyła mi straszna gorycz i poczucie beznadziei. Niemniej gorąco polecam Wam wyprawę do Middlemarch. PS: Całą obsadę, kostiumy itd. możecie obejrzeć tutaj.

sobota, 20 grudnia 2014

Liga niezwykłych (XIX-wiecznych) gentlemanów

Dawno nie było tu żadnego rankingu, więc by nadrobić blogowe zaległości i w miarę urozmaicić tematykę wpisów, zaplanowałam na dziś zestawienie dziesięciu przyjemnych dla kobiecego oka obrazów - a dokładniej portretów mężczyzn żyjących w XIX wieku. Kanon urody męskiej tak samo jak w przypadku kobiet, zmieniał się na przestrzeni wieków, choć kiedy patrzę na poniższe portrety - myślę, że nie tylko ja uznałabym większość tych panów za interesujących nawet z perspektywy współczesności.

10. Portrait of a Man  (obraz - François-Xavier Fabre,1809)
 

9. Lord Byron (obraz - Thomas Phillips, 1824)

8. Monsieur M (obraz - William-Adolphe Bouguereau, 1850)

7. Paul Mounet (obraz - Louis-Maurice Boutet de Monvel, 1875)

6. Carl Joseph Begas (autoportret, 1820)

5. Sir James Brooke (obraz - Sir Francis Grant, 1847)


4. Léon Cogniet (autoportret, 1818)


3. Henry Brougham (obraz - Sir Thomas Lawrence, data nieznana)
 

2. Armand Carrel (obraz - Ary Scheffer, 1830)

1. Léon Riesener (obraz - Eugène Delacroix, 1835)
 

Zdecydowanie moim faworytem w tym zestawieniu jest Léon Riesener, francuski malarz czasów romantyzmu. Jego ojcem był inny sławny artysta - Henri-François Riesener, a kuzynem i zarazem autorem powyższego portretu - Eugène Delacroix. Riesener w swoich pracach koncentrował się na zmysłowości, aczkolwiek w subtelnym wydaniu, co widać na przykładzie tego obrazu. Na drugim miejscu umieściłam Armanda Carrela - francuskiego dziennikarza oraz polityka epoki monarchii lipcowej. Oprócz ciekawej powierzchowności miał równie niecodzienną osobowość. Głośno mówił o swoich poglądach i nie bał się krytykować rządu - rezultatem tych działań były dwa procesy sądowe, pobyt w więzieniu i dwa pojedynki (niestety jeden z nich zakończył się jego śmiercią). Trzecie miejsce zajmuje Henry Brougham, brytyjski polityk oraz późniejszy lord kanclerz. Brougham należał do Partii Wigów (opozycyjnej do konserwatywnych Torysów), zależało mu na zlikwidowaniu handlu niewolnikami, chciał także zreformować edukację. Tę postać poznałam zupełnie przez przypadek, czytając pewien romans historyczny (tak, tak!) gdzie występował jako bohater poboczny i z miejsca go polubiłam. Jestem też niezmiernie ciekawa Waszych ulubionych męskich portretów, niekoniecznie z XIX wieku. :)

poniedziałek, 15 grudnia 2014

W stylu Lizzy Bennet - część II

Tak to jest, kiedy masz swą ukochaną książkę, do której możesz wracać milion razy - choć planowałam zupełnie inny post, po raz kolejny udajemy się do krainy Jane Austen. W poprzednim wpisie nawiązującym do stylu Lizzy Bennet inspirowałam się głównie serialem BBC z 1995 roku, dziś natomiast postanowiłam poświęcić trochę uwagi tej nowszej ekranizacji z Keirą Knightley w roli głównej. W zasadzie należę do orędowników wersji Dumy i Uprzedzenia z Colinem Firthem oraz Jennifer Ehle, jednakże i film Wrighta za każdym razem oglądam z wielką przyjemnością, a soundtrack do niego wałkuję od kilku lat i jeszcze mi się nie znudził. No i któż by się oparł tym malowniczym widokom, sielankowej atmosferze oraz pięknym kostiumom...
 
 

 

W pamięci szczególnie utknęła mi scena z balu w Netherfield i fryzura, którą miała wówczas Keira. Spróbowałam wraz z mamą ją trochę odwzorować i może nie uzyskałyśmy wielkiego podobieństwa (przez brak grzywki oraz wystarczającej ilości perełek) ale moim zdaniem efekt jest zadowalający. A tak nawiasem mówiąc, jeśli ktoś się zastanawia co tak właściwie mam na sobie, od razu mówię - nie jest to sukienka. Wygrzebałam z szafy bluzkę przywodzącą na myśl epokę Regencji, nałożyłam do tego swoją ulubioną spódnicę i voilà. :)



wtorek, 9 grudnia 2014

Elizabeth Gaskell - Panie z Cranford

Może zabrzmi to zabawnie, ale Elizabeth Gaskell poznałam dzięki BBC. A konkretniej za sprawą serialu Północ i Południe, którego wielką miłośniczką jestem do dziś. Po wspaniałej lekturze książkowej wersji powyższej historii oraz zapoznaniu się z jeszcze dwoma innymi dziełami Gaskell (Ruth, Życie Charlotte Brontë) przyszła kolej na Panie z Cranford, które planowałam przeczytać już od dłuższego czasu. Nie wiem czy pamiętacie - parę miesięcy temu pisałam o znakomitym serialu, nakręconym na podstawie tej powieści, który (podobnie jak było w przypadku Północy i Południa) tylko spotęgował moją chęć do sięgnięcia po pierwowzór. Ekranizacją byłam zachwycona, więc wobec książki też miałam spore oczekiwania. A pani Gaskell po raz kolejny mnie nie zawiodła.
  
A więc przede wszystkim Cranford jest we władaniu Amazonek; 
kobiety rządzą we wszystkich domach o nieco wyższym czynszu.*


Panie z Cranford to liczący sobie około dwustu stron swoisty zbiór scenek rodzajowych z życia kobiet zamieszkujących fikcyjne miasteczko w XIX-wiecznej Anglii. Jedną z naszych głównych bohaterek jest niemłoda już panna Mattie Jenkyns, żyjąca skromnie, lecz elegancko wraz ze swą siostrą Deborą. Panny Jenkyns - córki niegdysiejszego pastora, różnią się od siebie usposobieniem. Matylda jest dobroduszna i nieco naiwna, a Deborę można uznać za wcielenie poprawności i surowej dyscypliny. Kolejne panie, które poznajemy w miarę dalszej wędrówki po Cranford to zadziorna plotkara (aczkolwiek urocza) panna Pole, snobistyczna pani Jamieson, przezabawna pani Forrester oraz Mary Smith, która jest jednocześnie narratorką powieści. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że wszystkie postacie są bardzo charakterne i zostają w pamięci przez długi czas.

Elizabeth Gaskell

Zapewne wiele osób znających dzieła Elizabeth Gaskell zgodzi się ze mną co to tego, że tuż obok Jane Austen i sióstr Brontë jest ona mistrzynią w przenoszeniu współczesnego czytelnika w XIX wiek - mam tu na myśli XIX wiek widziany okiem kobiety. Dzięki pani Gaskell znów mogłam przeżyć wspaniałą podróż w czasie i zagościć w niezwykłym miejscu - tym razem w Cranford, gdzie radość przeplata się z gorzkim smutkiem. Bo żeby nie było tak cukierkowo, nasi bohaterowie przeżywają także trudne chwile - śmierć najbliższych, gorycz dawnych wspomnień, czy problemy natury finansowej. Jednak piękne jest to, że cokolwiek by się nie działo, panie z Cranford potrafią się wzajemnie wspierać i tworzą zgrany babski klan.


Sybil Tawse - Panna Matty i jej brat Peter, ilustracja do Pań z Cranford (1917 rok)
Gaskell jak mało kto potrafi z humorem i w ciekawy sposób opowiadać o prozie życia w XIX wieku, które toczyło się w swoim powolnym rytmie. A w przypadku tej powieści - dwa razy bardziej powolnym, bo kranfordzkim paniom nie w smak są wszelkie nadchodzące zmiany. Nasze bohaterki żyją we własnym świecie, gdzie największą wartość ma tradycja i to co było na porządku dziennym w czasach ich młodości. Panie z Cranford to książka o kobietach dla kobiet - nieco nostalgiczna, wzruszająca, pełna ciepła i nadziei na lepsze jutro. Wszystkie te spotkania przy herbatce, drobne sprawunki, czy małe wielkie sensacje są tak urocze, czasem nawet rozczulające, że nie sposób nie pokochać Cranford i jego mieszkańców. A jeśli tak jak ja, po prostu uwielbiacie klasykę angielskiej literatury, gwarantuję Wam, że ta książka będzie idealną lekturą na zimowe dni i na pewno wrócicie do niej jeszcze wiele razy. 

*Elizabeth Gaskell, Panie z Cranford (s.5), przeł. Aldona Szpakowska, wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2014
Za miłą lekturę dziękuję wydawnictwu Świat Książki.