poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Wallis Simpson

Wallis Simpson przeszła do historii jako jedna z najbardziej kontrowersyjnych kobiet XX wieku. To właśnie ją Edward VIII pokochał do tego stopnia, że abdykował, a świat nienawidził. Co takiego miała w sobie Wallis? Nie była przecież wybitnie piękna, jednak intrygowała. Postać księżnej Windsoru w ciekawy sposób przedstawiła Madonna w swoim filmie W.E. Rolę Wallis powierzono Andrei Riseborough, która brawurowo ukazała portret femme fatale jakiej nie znamy. Czyli kobiety silnej, upartej, ale wrażliwej i pragnącej miłości. Czy uczucie Wallis do Edwarda było w rzeczywistości tak szczere jak w filmie? Nie mnie to osądzać. Jedno jest pewne - księżna miała wspaniały gust i wiedziała jak podkreślić strojem swoje atuty. I dlatego dedykuję dzisiejszy wpis właśnie jej - kobiecie, która miała nieprzeciętną osobowość jak i styl.


Po lewej ja, po prawej Andrea Riseborough jako Wallis Simpson w filmie W.E. (2011) reż. Madonna

Wallis podobnie jak ja była niewielkiego wzrostu. :)
Wreszcie jakieś zdjęcie z Benkiem :)


Fryzura, makijaż i zdjęcia to zasługa mojej kochanej mamy. Dziękuję!

PS: Następna stylizacja padła na Megan Draper z Mad Men. Wpis już niebawem. :)

wtorek, 15 kwietnia 2014

Co nowego?

Dawno już nie było wpisu z bibelotami, więc będzie dziś. Nie ma tego zbyt wiele, bo ostatnimi czasy coraz rzadziej odwiedzam ciucholandy. A jak już tam się pojawię, to nie znajdę niczego, co by przypadło mi do gustu. Poza tym, nie mam gdzie już tego wszystkiego upychać. :P W poprzednim tygodniu planowałam notkę ze zdjęciami w stylu Wallis Simpson, ale... nie było takiego dnia, kiedy w tym samym momencie miałabym zarówno czas jak i ochotę na malowanie, czesanie, ubieranie i w końcu pozowanie. Obiecuję, że zdjęcia będą, ale nie wiem kiedy, bo nie chce pokazywać Wam byle czego. :)


Kilka dni temu dostałam zapachowe lawendowe róże (jakkolwiek to brzmi :D). Tak ładnie wyglądają w tym opakowaniu, że aż szkoda mi ich dodawać do kąpieli. Kolejny drobiazg, który poprawił mi humor to kolczyki w kształcie kwiatów - była promocja w Orsayu na biżuterię, więc od razu się na nie skusiłam.

Aaaa no i tak, dobrze widzicie. Obok tych kobiecych bibelotów leży płyta HIM. Coś mnie wzięło na sentymenty i  nie mogę się odpędzić od głosu Ville Valo. Swoją drogą szkoda, że nie nagrywają już tak dobrej muzyki jak dziesięć lat temu. Mimo wszystko, gdyby nadarzyła się okazja pojechałabym na ich koncert.


A tu nowa szminka z Mary Kay. Bardzo fajny kolor, świetnie nawilża usta i ma eleganckie oraz poręczne opakowanie. Czego chcieć więcej? Dla mnie bomba.


Na koniec botki. Niekoniecznie retro, ale potrzebowałam właśnie takich butów na co dzień. :)


I to chyba tyle na dziś. Trzymajcie się ciepło! :)

czwartek, 10 kwietnia 2014

Muzyczna podróż w czasie - wywiad z Utisem

Mocne brzmienie, wizerunek sceniczny wyraźnie inspirowany  belle epoque, oraz pewnego rodzaju magia, która nie pozwala przejść obok nich obojętnie. Mowa oczywiście o polskim (!) zespole Victorians. Jeśli jeszcze o nim nie słyszeliście, zapraszam Was na wywiad, który udało mi się przeprowadzić z Utisem - niezwykle sympatycznym gitarzystą tej grupy. Będzie o muzyce, o życiu artysty i czasach wiktoriańskich. :)

Utis - bohater dzisiejszego spotkania (fot. Katarzyna Niwińska)
 Utis, jestem strasznie ciekawa skąd wzięło się u Ciebie i pozostałych członków zespołu zainteresowanie XIX wiekiem? Czyżbyście czytywali wiktoriańskie powieści? A może po prostu podoba Wam się dawna moda?
Witaj Kochana, myślę, że w wielkim skrócie chodzi o nienasycenie. To, co współczesne, w jakimś wymiarze nas nie zaspokaja. My szukamy innego rodzaju doświadczenia… czegoś, co wydaje nam się autentyczne, prawdziwsze. Szukamy esencji. Odnajdujemy to właśnie w XIX stuleciu, gdzie człowiek i świat byli ze sobą bliżej, doświadczało się intensywniej, rodziły się różne szalone koncepcje technologiczne, ale również artystyczne (tak, literatura i moda, w kontekście narodzin fantastyki, dają prawdziwe pole do popisu). Współcześnie o tym zapominamy, jakby siła tych przekazów się wyczerpała, a tak wcale nie jest!

Jesteście jednym z najbardziej oryginalnych polskich zespołów, możesz mi zdradzić skąd czerpiecie inspiracje muzyczne?
Myślę, że każdy z nas odpowiedziałby inaczej na to pytanie, ale że to ja mam głos… Nasza pierwsza płytka Revival, to był swoisty hołd dla tradycji metalu symfonicznego. Tu można wymienić kilka na prawdę świetnych zespołów, ale niekwestionowanymi mistrzami będą zawsze Nightwish i Within Temptation. Poza tym działająca od 2006 roku grupa kompozytorów skupiona wokół projektu Two Steps From Hell, która pokazała jak używać orkiestry w XXI wieku.

Na dobrą sprawę, inspirujące jest dla nas wszystko, co wywołuje ciary na plecach. Wiesz, kiedy wykonujesz taką muzykę, musisz czuć się niepokonana, to musi być czysta, autentyczna energia! Teraz pracujemy nad kolejną płytą, która będzie już bardziej świadoma, a która powstaje pod wpływem steampunku. Steampunk + metal… zobaczymy, co z tego wyjdzie!  

Który z Waszych koncertów najmilej wspominasz? Jak reaguje publiczność na Wasz wizerunek sceniczny?
W początkowym okresie działalności byliśmy oczarowani japońskimi zespołami z kręgu muzyki visual. To uświadomło nam, że sama tylko muzyka to dla nas za mało, chcieliśmy pełniejszej formy. Bo to nie my mamy dostosowywać się do rzeczywistości, ale ona do nas. Udało nam się załatwić kilka koncertów właśnie z japońskimi zespołami i tu publiczność, również w kostiumach, doskonale czuła klimat. Podobnie było na Castle Party, gdzie kreacje uczestników to niejednokrotnie prawdziwe dzieła sztuki! Cudownie jest przebywać przez kilka dni w takiej rzeczywistości! Myślę, że Castle Party dla mnie był najlepszym koncertem, ale występ w angielskim Witby na Balu Wampirów przy okazji festiwalu Brama Stockera również był niesamowity! Oby więcej takich doświadczeń!

Nie baliście się, że w Polsce ten projekt nie wypali? Gracie muzykę zupełnie odbiegającą od dzisiejszych standardów…
Ludzie w Polsce do wielu rzeczy muszą się sami przekonać, a zadaniem artysty jest się nie poddawać, tylko stwarzać jak najwięcej okazji, aby dać się zobaczyć. Trzeba włożyć sporo pracy w to, żeby zostać docenionym. Prawdę mówiąc, na początku nie patrzyliśmy na Polskę jako na naszą szansę na zaistnienie. Na szczęście bardzo się myliliśmy i odzew ludzi z Polski przerósł nasze oczekiwania. Mam nadzieję, że z roku na rok będzie coraz lepiej!

Victorians w całej okazałości (fot. Katarzyna Niwińska)
Jak wyglądają Wasze przygotowania do występów? Sama charakteryzacja zajmuje pewnie sporo czasu?
Na początku było ciężko! Przygotowania do kocertu to niestety nie tylko makijaż i stroje, mimo wszystko muzyka jest najważniejsza, więc jak nie masz pewności, że zabrzmisz na odpowiednim poziomie, to cała reszta nie ma sensu. Na szczęście, poza kilkoma drobiazgami, każdy z nas potrafi zadbać o swój wizerunek, część rzeczy udaje się zrobić jeszcze przed przyjazdem do klubu, więc uważam, że jest nieźle. Z koncertu na koncert zabieramy mniej rzeczy, więc wszystko idzie w dobrą stronę. Pamiętam jak pierwszy raz graliśmy koncert z japońskim zespołem Blood i popatrzyliśmy na ich przygotowania. Panowie na makijaż mieli przewidziane 3 godziny! Nam idzie to zdecydowanie szybciej :) 

Z którym zespołem (jak mniemam zagranicznym) chciałbyś wystąpić na jednej scenie?
No jakbym napisał, że z tymi, które wywarły na mnie największy wpływ, to byłoby zbyt tendencyjne? Zatem, ja chętnie wystąpiłbym z Amaranthe, ze względy na czystą energię, jaką epatują ze sceny!  Natomiast są przynajmniej dwa polskie zespoły, z którymi jesteśmy zaprzyjaźnieni i na pewno będziemy chcieli zagrać razem niejeden koncert. Myślę tutaj o Kingdom Waves i Sonus Vena.   



Teraz pytanie z innej beczki - gdybyś mógł stać się swoim ulubionym bohaterem literackim (bądź filmowym), kto by to był i dlaczego właśnie ta postać?
Uuu, niebezpieczne pytanie… Prywatnie jestem wielkim fanem twórczości Harukiego Murakami, ale w pierwszej chwili pomyślałem o Algernonie Swinburnie, który razem z Burtonem stał się bohaterem wcale ciekawej trylogii Marka Hoddera. To są postacie historyczne, tyle że ukazane przez Hoddera w czysto steampunkowej rzeczywistości. No a Swinburn? Poeta, masochista, hedonista, amator brandy i oddany przyjaciel… tyle, że rudy :)

A tak przy okazji... słyszałeś kiedykolwiek o blogerkach kostiumowych? Coraz więcej osób zaczyna pasjonować się dawną modą (organizowane są nawet spotkania i zloty). Kto wie, może wśród kostiumomaniaczek skrywają się Wasze fanki…
Niestety nie słyszałem, ale zaraz poszperam w Internecie. Widzisz, ludzie chyba zaczynają bardziej świadomie podchodzić do swojego życie i mainstream ich powoli rozczarowuje/nudzi. W zeszłym roku zostaliśmy zaproszeni na wiktoriański piknik, który zorganizowała Maria Molenda z Fundacji Nomina Rosae - przeurocza pani kostiumolog. Tam mogliśmy zobaczyć jak wielu, nie tylko młodych ludzi posiada genialne stroje i świetnie czuje się w rzeczywistości końca XIX wieku. Niesamowite! Moda to chyba najbardziej wizualny sposób komunikacji ze światem czy z drugim człowiekiem, więc oby przybywało ludzi, którzy traktują to bardziej świadomie niż tych, którym wystarcza powielanie gotowych wzorów.
___________________________________________________________________________________
Utisowi serdecznie dziękuję za rozmowę, a Was zachęcam do odwiedzenia strony internetowej zespołu (zajrzyjcie do zakładki biografia - jest napisana w bardzo ciekawy sposób :)) oraz do zapoznania się z dorobkiem muzycznym Victorians. Poniżej próbka - piękna piosenka Before the World's End, która mi osobiście szczególnie przypadła do gustu.

sobota, 5 kwietnia 2014

Krótka historia mojego blogowania

No cóż, jestem tu z Wami od jakiegoś czasu, przyszła chyba chwila na małą refleksję (nie bez przyczyny blog ma nazwę taka jaką  ma). Od kilku dni zastanawiam się nad tym, w jakim kierunku idzie moja przygoda z blogowaniem. Do tej pory pisałam głównie o filmach kostiumowych i książkach z wątkiem historycznym, było trochę o muzyce, malarstwie, o tym dlaczego lubię Japonię, pokazywałam rzeczy, które sobie akurat kupowałam (o kocie już nie wspominając). Jednych to interesowało, drugich nie. Bloga początkowo miałam prowadzić dla siebie, ale z czasem otrzymałam wiele wspaniałych maili i miłych komentarzy od osób, którym spodobały się moje recenzje, teksty, zdjęcia. Od tego czasu w swoich wpisach nawiązywałam do wielu tematów, raczej się nie ograniczając. Efektem tego jest blog o wszystkim i o niczym.


Zbyt wiele rzeczy mnie inspiruje, za dużo chcę powiedzieć, pokazać... Blog wiele razy ewoluował, kto wie - może czeka go kolejna zmiana? Choćbym nie wiem jak chciała, nie potrafię trzymać się jednego tematu, jednej stylistyki. Poważnie! :) Z jednej strony jest to fajne, bo funduję Wam coraz to coś nowego, a z drugiej - ktoś może poczuć się zdezorientowany, bo wygląda na to, że bloga prowadzi osoba cierpiąca na co najmniej rozdwojeniu jaźni. :) Ale taka właśnie jestem - pełna sprzeczności, w sumie jak każda kobieta.



Myślę, że taki wpis jak dzisiejszy był potrzebny. Przynajmniej dla mnie samej. Prowadzenie bloga wbrew pozorom uważam za coś ważnego. Lubię dzielić się z innymi tym, co uważam za wyjątkowe i warte uwagi. I cieszę się, że mogę pokazać Wam kawałek siebie. :)



środa, 2 kwietnia 2014

Romans na XIX-wiecznych salonach - "Zakazane uczucie"

Od czasu do czasu lubię przeczytać jakiś romans historyczny. To taka moja mała forma resetu mózgu. Nie samą wielką literaturą człowiek żyje, a jeśli przy okazji jeszcze może przenieść się do świata  wspaniałych przyjęć, pięknych sukien i dżentelmenów to dlaczego nie. Warunek jest jeden -  romans historyczny musi mieć przysłowiowe ręce i nogi. Nie wymagam jakiejś skomplikowanej fabuły (chociaż takie są najlepsze) i posługiwania się całkowicie XIX-wiecznym językiem, ale lubię kiedy autorki tego typu powieści dbają o zachowanie zgodności treści książki z faktycznymi realiami epoki i nie robią z czytelniczki idiotki. Naprawdę, widać to gołym okiem, która z pisarek romansów historycznych pisze bo "czuje" epokę  i ma do tego dryg (np. Gaelen Foley lub Judith McNaught - moje dwie ulubione autorki), czy pisze, że tak powiem - hurtowo, nastawiając się na ilość (tzn zysk) niż na jakość.

Ostatnio miałam okazję zapoznać się całkiem niezłą powieścią wyżej opisanego gatunku pt. Zakazane Uczucie. Co o książce pisze wydawca?

Jordan Willis, hrabia Blackmore, grał z uczuciami wielu kobiet z towarzystwa, jednak to pocałunek ukradziony niewinnej córce pastora całkowicie wytrącił go z równowagi. Kilka chwil spędzonych z rozsądną i skromną Emily Fairchild sprawia, że Jordan nie jest w stanie o niej zapomnieć i z każdym dniem bardziej jej pragnie. Spotkanie z zalotną debiutantką, lady Emmą Campbell, jeszcze bardziej komplikuje sytuację. Ku zaskoczeniu hrabiego ta uwodzicielska szkocka piękność bardzo przypomina słodką Emily...

Pomysł na fabułę sam w sobie interesujący, język jakim posługuje się autorka też jest całkiem przyzwoity. Bardzo spodobał mi się "trik" ze wstawianiem na początku każdego rozdziału fragmentów sławnych dzieł literatury -  załapał się nawet Keats i jego La belle dame sans merci. Pozytywnie oceniam także zgrabne opisy scen (również erotycznych) i ciekawie poprowadzony wątek z główną intrygą, w którą mimowolnie  zostaje wplątana panna Fairchild. 
Życie w XIX-wiecznym Londynie nie jest usłane różami, okazuje się, że wszystkie wystawne przyjęcia, stroje i wykwintne maniery to tylko przykrywka - arystokracja jest zblazowana i zepsuta. Czy w świecie, gdzie główną wartość ma pozycja społeczna oraz zachowanie pozorów, może narodzić się prawdziwa miłość?
Jeśli mam być szczera, muszę przyznać, że zachowanie głównych bohaterów doprowadzało mnie nieraz do szału (naiwność Emily nie zna granic). Jednak romanse historyczne mają to do siebie, że wciągają i mimo wszystko chciałam wiedzieć co będzie dalej i jak uda się wybrnąć zakochanym z coraz to nowych kłopotów. Co ciekawe, dużym plusem okazały się fajnie skonstruowane postacie poboczne, których losy możemy poznać w innych częściach serii. Książkę ogółem przeczytałam bardzo szybko i płynnie. Jeśli lubicie romanse historyczne bądź potrzebujecie wytchnienia przy nieco mniej ambitnej lekturze, polecam Wam tę powieść. 

Książka w sam raz do poduszki - mój kot potraktował to zbyt dosłownie. :)
Za miłą lekturę dziękuję wydawnictwu Bis.

http://www.wydawnictwobis.com.pl/
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...