poniedziałek, 29 czerwca 2015

Elizabeth von Arnim - "Elizabeth i jej ogród"

Czasem tak mam, że gdy tylko zacznę czytać jakąś książkę, od razu wiem - to jest to! Tak właśnie było w przypadku Elizabeth i jej ogród, napisanej przez Elizabeth von Arnim. Elizabeth była córką angielskiego kupca, w 1891 roku poślubiła starszego o piętnaście lat hrabiego Henniga von Arnima, a pięć lat później zamieszkała wraz z nim i trójką dzieci w pomorskiej miejscowości Rzędziny (w tamtych czasach Nassenheide). Małżeństwo von Arnimów nie należało niestety do szczególnie udanych. Również z tego powodu Elizabeth najchętniej spędzała czas w swoim ogrodzie, gdzie mogła w pełni się zrelaksować i zająć tym, co naprawdę ją uszczęśliwiało. Oprócz zamiłowania do natury, hrabina von Arnim posiadała nietuzinkową osobowość, wyjątkowy zmysł obserwatorski oraz talent pisarski - i to wszystko przyczyniło się do powstania poniższej książki.


Elizabeth i jej ogród to książka bardzo osobista, można nazwać ją swego rodzaju pamiętnikiem. Podejrzewam, że sporo osób przed sięgnięciem po nią, pewnie zastanawiało się, cóż ciekawego można napisać o ogrodzie i ogólnie o kwiatach, poza tym, że są piękne i pięknie pachną. Jednakże Elizabeth potrafi tak oczarować czytelnika swoją opowieścią, że ja sama kiedy musiałam przerwać czytanie, naprawdę z wielkim ociąganiem odkładałam tę książkę na półkę. A o pracy w ogrodzie (którą wykonywała zazwyczaj ukradkiem, bo hrabinie nie wypadało paradować z grabiami czy łopatą) Elizabeth pisała tak:

"(...) ale to jest szczególny rodzaj pracy i gdyby Ewa w raju miała szpadel i mogła coś z tym zrobić, nie mielibyśmy całej tej smutnej historii z jabłkiem. Jaka ja jestem szczęśliwą kobietą, że żyję w ogrodzie z książkami, dziećmi, ptakami i kwiatami i w takim spokoju, żeby się tym wszystkim rozkoszować!"*

 

Zapiski hrabiny to nie tylko opisy i refleksje na temat ogrodu. Znajdziemy w nich także przemyślenia Elizabeth dotyczące małżeństwa z Gniewnym (tak nazywała swego męża) i macierzyństwa. Poznajemy codzienne życie w wiejskim dworku, wraz z jego mieszkańcami przeżywamy te lepsze i gorsze chwile, przyjmujemy gości, obserwujemy zmieniające się pory roku. Tak jak wspominałam, von Arnim była bardzo przenikliwą obserwatorką. Widziała i rozumiała więcej niż przeciętni przedstawiciele ówczesnej śmietanki towarzyskiej, była kobietą bardzo wrażliwą i bystrą, co widać w każdym z napisanych przez nią zdań.

Książka jako całość bardzo przypadła mi do gustu. Subtelny nastrój całej opowieści i błyskotliwość autorki z pewnością czynią ją wartą przeczytania. Polecam ją absolutnie wszystkim osobom szukającym pogodnej, ciepłej oraz wartościowej lektury na wakacyjne dni. :)

 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu MG.
*Elizabeth von Arnim, Elizabeth i jej ogród (s.31, 32), przeł. Elżbieta Bruska i Berenika Marta Lemańczyk, wydawnictwo MG, Warszawa 2011

czwartek, 18 czerwca 2015

Damy z portretów Winterhaltera

Franz Xaver Winterhalter zasłynął jako jeden z najbardziej utalentowanych portrecistów w XIX-wiecznej Europie. Każdy, kto mógł sobie na to pozwolić, chciał być przez niego namalowany. Arystokratki ceniły go sobie za umiejętność wydobywania piękna z każdej modelki, nawet tej o przeciętnej urodzie - Winterhalter często sam dobierał im stroje i dodatki, by jak najkorzystniej się prezentowały. I to właśnie on jest autorem najpopularniejszych obrazów cesarzowej Sissi, królowej Wiktorii czy małżonki Napoleona III - Eugenii.

Winterhalter zachwyca swoim kunsztem także współczesnych odbiorców. Za każdym z jego portretów kryje się konkretna osobowość i jej historia. Często gdy spoglądam na twarze tych pięknie namalowanych kobiet, zastanawiam się jak wyglądało ich życie. Postanowiłam więc dowiedzieć się czegoś ciekawego o tych mniej znanych niż Sissi czy Eugenia modelkach Winterhaltera i co nieco Wam o nich opowiedzieć. :)


Franz Xaver Winterhalter - Portret of Princess Pauline de Metternich,
Księżna Paulina von Metternich

Żona austriackiego księcia - Richarda von Metternicha (który był także jej wujem). To właśnie ona przyczyniła się do prawdziwego rozkwitu kariery Charlesa Wortha - najsławniejszego projektanta mody XIX wieku. Dzięki niej zyskał klientkę w osobie cesarzowej Eugenii, wiernej przyjaciółki Pauliny. Obok zamiłowania do pięknych strojów jej pasją była sztuka, a w szczególności muzyka operowa - patronowała takim kompozytorom jak Bedřich Smetana czy Ryszard Wagner. W 1861 roku paryska premiera opery Wagnera Tannhäuser (której organizatorką była Paulina) wywołała prawdziwy skandal, księżna mimo tego nie straciła sympatii do swego ulubionego kompozytora 


 
  CZAR I ELEGANCJA
Franz Xaver Winterhalter - Leonilla Ivanovna Bariatinskaya,


Księżna Leonilla Bariatyńska

Druga żona księcia Ludwika Adolfa Fryderyka Sayn-Wittgenstein-Sayn. Słynęła nie tylko z wielkiej urody, ale i nieprzeciętnej inteligencji. Zachwyciła samego Winterhaltera, który bardzo często ją malował. Najbardziej znany obraz przedstawiający księżną jest dość nietypowym dziełem Winterhaltera. Widzimy na nim Leonillę w zmysłowej, półleżącej pozie, spoglądającą leniwie na widza. Księżna Bariatyńska dożyła pięknego wieku, bowiem stu jeden lat, a potomkowie jej i Ludwika stanowili do 1918 roku najwyższą arystokrację w Rosji i Niemczech.



Franz Xaver Winterhalter -  Madame Barbe de Rimsky-Korsakov



Hrabina Barbara Rimska-Korsakowa
W wieku szesnastu lat poślubiła Mikołaja Rimskiego - Korsakowa, z którym tworzyła brylująca na salonach, niebywale urokliwą parę. Co ciekawe, Barbara i jej mąż posłużyli Tołstojowi za pierwowzór postaci wszędobylskich Korsuńskich w Annie Kareninie. Barbara bardzo chętnie eksponowała swoje wdzięki, często nazywana była "Tatarską Wenus", wiele kobiet zazdrościło jej sławy i urody.
Małżeństwo Rimskich-Korsakow nie było jednak do końca szczęśliwe, w pewnym momencie Barbara wyemigrowała do Nicei, gdzie z dala od zgiełku wystawnych przyjęć poszukiwała prawdziwego sesnu życia. Zmarła w wieku czterdziestu pięciu lat na chorobę serca.


Franz Xaver Winterhalter - Melanie de Bussiere, 
 Comtesse Edmond de Pourtalès,


 Hrabina Melania de Pourtalès

Ta eteryczna piękność pochodziła ze starego szlacheckiego rodu, w 1857 poślubiła hrabiego Edmonda de Pourtalès. Niedługo potem została przedstawiona na dworze cesarzowej Eugenii. Melanię charakteryzował ogromny urok osobisty, roztaczała wokół siebie aurę życzliwości. Wiele osób kojarzyło ją z elegancją i zapachem fiołków, który podobno uwielbiała. Była najbliższą przyjaciółką księżnej Pauliny von Metternich.

 Znalazłoby się jeszcze sporo portretów spod pędzla Winterhaltera, które w szczególny sposób mnie zainteresowały. Dziś musiałam ograniczyć się do czterech, za jakiś czas może pomyślę nad kolejnymi. Bardzo chętnie poznam również Wasze ulubione dzieła Winterhaltera. :)

piątek, 29 maja 2015

Prosta alternatywa dla toaletki - pięć wskazówek

Niedawno mój pokój przeszedł totalne odgruzowanie, tzn. pozbyłam się wszystkich zbędnych bibelotów, które jednak zamiast upiększać przestrzeń, niepotrzebnie ją zagracały. Nie żebym przerzuciła się na ostatnio bardzo modny minimalizm, po prostu potrzebowałam uporządkowania tego jednego wielkiego chaosu. Przy okazji wpadłam na pomysł, aby pokazać Wam kącik, który służy mi za coś w rodzaju toaletki. Jeśli tak jak ja -  macie w pokoju niewiele miejsca, a chciałybyście w miły dla oka sposób wyeksponować swoje kosmetyki, mam dla Was pięć wskazówek. Nie jest to nic specjalnie odkrywczego, ale może uda mi się zainspirować kogoś do odświeżenia swojego urodowego kącika. :)


1. Nadaj "toaletce" jak najbardziej kobiecy charakter. ;)
Możesz to zrobić bez większych wysiłków i wydatków - wystarczy mała ozdobna szkatułka, wyszperany na pchlim targu flakonik, wieszak na biżuterię lub bukiet kwiatów (od razu pomyślałam o konwaliach), by kącik z kosmetykami nie tylko był praktyczny, ale i cieszący oko.

2. Bądź kreatywna - stwórz własne pojemniki i organizery z tego, co masz w domu. 
Wg mnie najlepsze są niewielkie szklane słoiki, które można dowolnie przyozdobić (przewiązać wstążką, pomalować farbą akrylową albo nawet lakierem do paznokci).

3. Jeżeli opakowanie kosmetyku nie wydaje się w żaden sposób atrakcyjne, przełóż produkt do własnej buteleczki/ słoiczka.  

4. Ozdoby i dodatki - jeśli już Ci się nie podobają, przerób je.
Ja sama nadałam drugie życie stojakowi na biżuterię - w żaden sposób nie pasował mi do pokoju, a jednak nie chciałam go wyrzucać. Postanowiłam przemalować go na biało i uszyć nową "sukienkę". Zajęło mi to nieco ponad godzinę, a efekt jest więcej niż zadowalający. Podobnie biały koszyk na kosmetyki - wystarczyło wyjąć wyścielający go materiał, a zamiast tego dodać fioletową wstążkę - i już wygląda jak nowy. :)

5. Niech na Twojej "toaletce" stoi to, co naprawdę Ci się podoba i to, czego faktycznie używasz. 
Czasem mniej znaczy więcej. Nie ma sensu eksponować wszystkich kosmetyków, jakie posiadasz. Wszelkiego rodzaju cienie do powiek, pudry, róże itd. najlepiej trzymać posegregowane w kosmetyczkach lub oddzielnych pudełkach.

Nawiązując do tego, co pisałam na początku - wiem, że dziś internet jest przepełniony instrukcjami jak zrobić coś samej i tanim kosztem. Dlatego zdaję sobie sprawę z tego, że moje porady szczególnie oryginalne nie są. :) Lecz jeśli udało mi się zachęcić którąś z Was do pozytywnych zmian wokół siebie i poeksperymentowania, to wiem, że ten post był wart napisania. :)

piątek, 1 maja 2015

Eliza Orzeszkowa - Pamiętnik Wacławy

Od dłuższego czasu czytam niemal same XIX-wieczne powieści. Żyjąc już kilka lat w uwielbieniu dla Jane Austen, sióstr Brontë czy Elizabeth Gaskell, jakoś zawsze nie po drodze było mi z polskimi autorami. Wyjątkiem była Lalka, którą przeczytałam w błyskawicznym tempie. Teraz, kiedy czas szkolnych lektur mam już dawno za sobą, postanowiłam dać ponowną szansę innym polskim klasykom. Na pierwszy ogień poszły Noce i Dnie Marii Dąbrowskiej - powieść, którą na dzień dzisiejszy śmiało mogę zaliczyć swoich ulubionych. A następną książką, po którą postanowiłam sięgnąć jest Pamiętnik Wacławy autorstwa Elizy Orzeszkowej. I to o nim chciałabym Wam dzisiaj co nieco opowiedzieć.


Pamiętnik Wacławy to historia dziewczyny wkraczającej w dorosłość. Nasza tytułowa bohaterka jest dobrze wychowaną panienką - ciekawą świata, wrażliwą na krzywdę innych i szlachetną. Już na samym początku książki dowiadujemy się, że Wacława przyszła na świat jako owoc związku będącego mezaliansem. Matka dziewczyny wywodzi się z wyższych sfer, ojciec zaś jest profesorem Politechniki, gardzącym próżnością arystokratycznej śmietanki towarzyskiej. Małżeństwo osób z dwóch różnych grup społecznych okazuje się w tym przypadku nieszczęśliwe i kończy separacją. Tym samym siedemnastoletnia Wacława krąży między wystawnym światem balów i przyjęć jej matki, a światem nauki i pracy należącym do ojca.

Skusiłam się na tę książkę z trzech powodów. Po pierwsze - zainteresowało mnie porównanie Pamiętnika Wacławy do powieści Charlotte Brontë. Choć w gruncie rzeczy mogę teraz powiedzieć, że Elizie Orzeszkowej bliżej (według mnie) do Gaskell niż Brontë. Po drugie - przeurocza okładka, od której nie mogłam przez dłuższy czas oderwać wzroku - swoją subtelnością idealnie trafia w mój gust. A po trzecie - byłam zwyczajnie ciekawa Orzeszkowej. Bo po króciutkiej nowelce Gloria Victis i streszczeniu Nad Niemnem (tak, przyznaję się, nie czytałam tej lektury :P) nie poznałam jej na tyle, by móc wyrazić o jej twórczości jakąś szerszą opinię.

 

Pamiętnik Wacławy jest przesiąknięty XIX-wiecznym feminizmem. Autorka bardzo krytycznie podchodzi do stylu życia wyższych sfer, zwraca również uwagę na wszelkiego rodzaju ograniczenia, z którymi musiały borykać się współczesne jej kobiety. Tytułowa Wacława postanawia zerwać z etykietką "panny na wydaniu" i podążać za głosem własnego rozumu i serca, a nie postępować według sztywno narzuconych reguł. Nasza główna bohaterka pragnie od życia czegoś więcej, niż małżeństwa z rozsądku i późniejszej wygodnej egzystencji. 
I choć kocha swoich rodziców jednakowo, z biegiem czasu bliższe stają się jej ideały ojca niż matki.


Pamiętnik Wacławy to przyjemna lektura, jednak podczas jej czytania trzeba mieć świadomość tego, że jest ona powieścią tendencyjną i momentami może irytować przesadzonym dydaktyzmem oraz brakiem obiektywnego spojrzenia na poruszane problemy. Bądź co bądź, nie jest to książka pozbawiona uroku, Orzeszkowa posługuje się pięknym językiem - dla miłośników XIX-wiecznej prozy szykuje się uczta literacka z prawdziwego zdarzenia. To jedna z tych książek, które najchętniej czytamy siedząc na werandzie i popijając herbatę z ulubionej filiżanki. Dlatego jeśli szukacie jakiejś klasycznej lektury, warto mieć na uwadze ten tytuł. Ze swojej strony polecam. :)

Za książkę dziękuję Wydawnictwu MG.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Ochy i achy, czyli kilka słów o "Poldark"

Po niezapomnianej Dumie i uprzedzeniu, Jane Eyre czy Północy i Południu, BBC ma dla nas kolejny serial kostiumowy, którym chcąc nie chcąc, nie sposób się nie zachwycić. Nawet jeśli przesadzam - na pewno wyróżnia się w gąszczu kostiumowców z ostatnich lat. Poldark, bo o tym serialu mowa, to produkcja, której scenariusz oparty został na cyklu powieści Winstona Grahama (niestety z tego co mi wiadomo, nigdy nie wydanych w Polsce).

Głównym bohaterem jest kapitan Ross Poldark powracający z przegranej wojny do rodzinnej Kornwalii. Niestety, zamiast szczęśliwego powitania, w domu czekają go same przykre wiadomości. Jego ojciec zmarł i w spadku pozostawił mu rozlatujące się gospodarstwo, w dodatku samego Rossa uznano za poległego w bitwie i jakby tego było mało, jego ukochana przyjęła oświadczyny innego mężczyzny. Poldark został bez ojca, pieniędzy i kobiety, którą kochał. Warto zaznaczyć, że tą ostatnią odebrał mu jego własny kuzyn. Ciężko szukać w tej sytuacji pozytywów. Ross postanawia jednak nie załamywać się i własną pracą odbudować majątek oraz utraconą pozycję.

Największe zalety serialu? Po pierwsze - Aidan Turner. Jako Ross jest po prostu świetny. To taki typ bohatera, którego nie da się nie lubić. Dobry i szlachetny, a przy tym inteligentny no i cóż, bardzo przystojny. Nie wiem, czy Ross Poldark dorówna kiedyś panu Darcy'emu albo Thornotonowi, bo do końca serialu jeszcze daleka droga, ale jest to dość prawdopodobne. Żeby nie spoilerować, o głównych postaciach kobiecych mogę powiedzieć na razie tyle, że wypadają bardzo wiarygodnie i każda z nich wydała mi się na swój sposób interesująca.

Po drugie - Kornwalia. To chyba mówi samo za siebie. Po trzecie - tak, tak, jak zapewne się domyślacie - kostiumy i scenografia. Chwilami mam wrażenie, że wszystko jest dopracowane aż za bardzo, ale może to tylko moje czepialstwo. Bądź co bądź, serial pod względem estetycznym oceniam naprawdę wysoko.

Za mną cztery odcinki Poldarka, czekam na resztę z niecierpliwością i oczywiście zachęcam Was do zapoznania się z tą produkcją.