wtorek, 18 sierpnia 2015

Powrót na XIX-wieczną angielską prowincję, czyli "Z dala od zgiełku"

Z dala od zgiełku Thomasa Hardy'ego, to jedna z tych książek, które od dawna były na mojej liście "nie wiem kiedy, ale kiedyś przeczytam". Pewnie nadal by tam tkwiła, gdyby nie najnowsza ekranizacja tejże powieści. Filmu co prawda jeszcze nie widziałam, ale już sam trailer i wszelkie materiały promocyjne zdołały mnie tak zauroczyć, że w końcu pomyślałam - nie ma na co czekać, trzeba biec do księgarni i zabrać się za czytanie pierwowzoru! Jak postanowiłam, tak zrobiłam i znów mogłam "przenieść się" do jednego z moich ulubionych miejsc, czyli XIX-wiecznej angielskiej prowincji.


Pierwszą książkową postacią, jaką Hardy daje nam poznać, jest Gabriel Oak - człowiek prosty i uczciwy. Dzięki temu, że nigdy nie bał się ciężkiej pracy i żył bardzo skromnie, ze zwykłego pasterza stał się wreszcie właścicielem małej owczej farmy. Ale to nie on jest głównym bohaterem powieści, lecz pewna młoda kobieta, która zwie się Betsaba Everdene. Dziewczyna to charakterna i doskonale znająca własną wartość, pomimo tego, że majętna wcale nie była. Kiedy nasz dobroduszny farmer Oak ją poznaje, niemal od razu się w niej zakochuje i prosi o rękę. Niestety, Betsaba odrzuca oświadczyny i niebawem... dziedziczy duży majątek po zmarłym wuju. Tymczasem Gabriel niespodziewanie traci cały swój dobytek i musi znaleźć nowe źródło utrzymania.

Nie tylko Gabriel Oak darzy uczuciem naszą bohaterkę. O jej względy zabiega również bogaty i poważany w towarzystwie farmer, William Boldwood. Żeby nie zdradzić Wam za bardzo treści książki, powiem tylko tyle, że jest to według mnie najciekawsza postać. Trzecim adoratorem Betsaby okaże się sierżant królewskich dragonów - Franciszek Troy. Cała sympatia, którą darzyłam Boldwooda jest równa irytacji, jaką wzbudzał we mnie ów niepoprawny uwodziciel i hulaka.

Może teraz parę słów o samej Betsabie. Szczerze mówiąc, nie wiem co o niej myśleć. Z jednej strony podobała mi się jej odwaga i upór oraz chęć do samodzielnego zarządzania gospodarstwem. Z drugiej zaś - jej co niektóre lekkomyślne działania i brak pokory działały mi na nerwy. Z biegiem kolejnych zdarzeń Betsaba zaczyna na szczęście dojrzewać i uczy się ponosić konsekwencje własnych czynów.

 

Choć książka ta została napisana w 1874 roku, myślę, że powinna przypaść do gustu nie tylko wielbicielom klasyki. Jej ponadczasowość polega na tym, że opowiada przede wszystkim o ludzkich emocjach, które są niezmienne na przestrzeni wieków. Nasi bohaterowie przeżywają wewnętrzne rozterki i nie zawsze popostępują słusznie, tak samo jak my - współcześni. Każdą osobowość wykreowaną przez Hardy'ego możemy poznać z tej lepszej i gorszej strony. Betsaba nie jest bez wad, podobnie jej adoratorzy. Każdy z tych trzech kawalerów jest zupełnie inny - Franciszek Troy to uosobienie męskiego wdzięku. Doskonale wie, jak sprawić dobre wrażenie na kobietach, nic dziwnego, że zawrócił w głowie także i naszej bohaterce. Kolejny mężczyzna starający się o względy Betsaby - William Boldwood, jest skrajnym przeciwieństwem Troya. Nie należy on do ludzi szczególnie towarzyskich, lecz dzięki swojej pozycji społecznej budzi szacunek wśród ludzi. Trzeci kandydat do zdobycia serca i ręki panny Everdene to oczywiście poczciwy Gabriel Oak, który po odrzuceniu jego oświadczyn na początku książki, postanawia usunąć się w cień. Choć niezupełnie...

Jestem pod wielkim, naprawdę wielkim wrażeniem tej powieści. Mogłabym pochłonąć ją w tempie błyskawicznym, ale postanowiłam, że będę się nią delektować. Chciałam poczuć ten nieśpieszny nastrój spokojnej wsi, przeczytać dokładnie każdy opis przyrody, wyobrazić sobie każdą scenę. Hardy bardzo dba o szczegóły, przez co umożliwia nam jeszcze bardziej wczuć się w klimat XIX-wiecznej prowincji.

Tak oto rozpoczęła się moja przygoda z dziełami Thomasa Hardy'ego. Mogę śmiało powiedzieć, że Z dala od zgiełku to książka, która dostarczyła mi wszystkiego, czego oczekuję od dobrej lektury. Teraz pozostało mi jeszcze obejrzenie filmu oraz polowanie na inne książki spod pióra Hardy'ego. Mam nadzieję, że udało mi się zachęcić Was do sięgnięcia po tę powieść. A może już ją czytaliście? Jeśli tak, jestem bardzo ciekawa Waszej opinii zarówno o książce, jak i o najnowszej ekranizacji. :)

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Elizabeth von Arnim - "Elizabeth i jej ogród"

Czasem tak mam, że gdy tylko zacznę czytać jakąś książkę, od razu wiem - to jest to! Tak właśnie było w przypadku Elizabeth i jej ogród, napisanej przez Elizabeth von Arnim. Elizabeth była córką angielskiego kupca, w 1891 roku poślubiła starszego o piętnaście lat hrabiego Henniga von Arnima, a pięć lat później zamieszkała wraz z nim i trójką dzieci w pomorskiej miejscowości Rzędziny (w tamtych czasach Nassenheide). Małżeństwo von Arnimów nie należało niestety do szczególnie udanych. Również z tego powodu Elizabeth najchętniej spędzała czas w swoim ogrodzie, gdzie mogła w pełni się zrelaksować i zająć tym, co naprawdę ją uszczęśliwiało. Oprócz zamiłowania do natury, hrabina von Arnim posiadała nietuzinkową osobowość, wyjątkowy zmysł obserwatorski oraz talent pisarski - i to wszystko przyczyniło się do powstania poniższej książki.


Elizabeth i jej ogród to książka bardzo osobista, można nazwać ją swego rodzaju pamiętnikiem. Podejrzewam, że sporo osób przed sięgnięciem po nią, pewnie zastanawiało się, cóż ciekawego można napisać o ogrodzie i ogólnie o kwiatach, poza tym, że są piękne i pięknie pachną. Jednakże Elizabeth potrafi tak oczarować czytelnika swoją opowieścią, że ja sama kiedy musiałam przerwać czytanie, naprawdę z wielkim ociąganiem odkładałam tę książkę na półkę. A o pracy w ogrodzie (którą wykonywała zazwyczaj ukradkiem, bo hrabinie nie wypadało paradować z grabiami czy łopatą) Elizabeth pisała tak:

"(...) ale to jest szczególny rodzaj pracy i gdyby Ewa w raju miała szpadel i mogła coś z tym zrobić, nie mielibyśmy całej tej smutnej historii z jabłkiem. Jaka ja jestem szczęśliwą kobietą, że żyję w ogrodzie z książkami, dziećmi, ptakami i kwiatami i w takim spokoju, żeby się tym wszystkim rozkoszować!"*

 

Zapiski hrabiny to nie tylko opisy i refleksje na temat ogrodu. Znajdziemy w nich także przemyślenia Elizabeth dotyczące małżeństwa z Gniewnym (tak nazywała swego męża) i macierzyństwa. Poznajemy codzienne życie w wiejskim dworku, wraz z jego mieszkańcami przeżywamy te lepsze i gorsze chwile, przyjmujemy gości, obserwujemy zmieniające się pory roku. Tak jak wspominałam, von Arnim była bardzo przenikliwą obserwatorką. Widziała i rozumiała więcej niż przeciętni przedstawiciele ówczesnej śmietanki towarzyskiej, była kobietą bardzo wrażliwą i bystrą, co widać w każdym z napisanych przez nią zdań.

Książka jako całość bardzo przypadła mi do gustu. Subtelny nastrój całej opowieści i błyskotliwość autorki z pewnością czynią ją wartą przeczytania. Polecam ją absolutnie wszystkim osobom szukającym pogodnej, ciepłej oraz wartościowej lektury na wakacyjne dni. :)

 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu MG.
*Elizabeth von Arnim, Elizabeth i jej ogród (s.31, 32), przeł. Elżbieta Bruska i Berenika Marta Lemańczyk, wydawnictwo MG, Warszawa 2011

piątek, 1 maja 2015

Eliza Orzeszkowa - Pamiętnik Wacławy

Od dłuższego czasu czytam niemal same XIX-wieczne powieści. Żyjąc już kilka lat w uwielbieniu dla Jane Austen, sióstr Brontë czy Elizabeth Gaskell, jakoś zawsze nie po drodze było mi z polskimi autorami. Wyjątkiem była Lalka, którą przeczytałam w błyskawicznym tempie. Teraz, kiedy czas szkolnych lektur mam już dawno za sobą, postanowiłam dać ponowną szansę innym polskim klasykom. Na pierwszy ogień poszły Noce i Dnie Marii Dąbrowskiej - powieść, którą na dzień dzisiejszy śmiało mogę zaliczyć swoich ulubionych. A następną książką, po którą postanowiłam sięgnąć jest Pamiętnik Wacławy autorstwa Elizy Orzeszkowej. I to o nim chciałabym Wam dzisiaj co nieco opowiedzieć.


Pamiętnik Wacławy to historia dziewczyny wkraczającej w dorosłość. Nasza tytułowa bohaterka jest dobrze wychowaną panienką - ciekawą świata, wrażliwą na krzywdę innych i szlachetną. Już na samym początku książki dowiadujemy się, że Wacława przyszła na świat jako owoc związku będącego mezaliansem. Matka dziewczyny wywodzi się z wyższych sfer, ojciec zaś jest profesorem Politechniki, gardzącym próżnością arystokratycznej śmietanki towarzyskiej. Małżeństwo osób z dwóch różnych grup społecznych okazuje się w tym przypadku nieszczęśliwe i kończy separacją. Tym samym siedemnastoletnia Wacława krąży między wystawnym światem balów i przyjęć jej matki, a światem nauki i pracy należącym do ojca.

Skusiłam się na tę książkę z trzech powodów. Po pierwsze - zainteresowało mnie porównanie Pamiętnika Wacławy do powieści Charlotte Brontë. Choć w gruncie rzeczy mogę teraz powiedzieć, że Elizie Orzeszkowej bliżej (według mnie) do Gaskell niż Brontë. Po drugie - przeurocza okładka, od której nie mogłam przez dłuższy czas oderwać wzroku - swoją subtelnością idealnie trafia w mój gust. A po trzecie - byłam zwyczajnie ciekawa Orzeszkowej. Bo po króciutkiej nowelce Gloria Victis i streszczeniu Nad Niemnem (tak, przyznaję się, nie czytałam tej lektury :P) nie poznałam jej na tyle, by móc wyrazić o jej twórczości jakąś szerszą opinię.

 

Pamiętnik Wacławy jest przesiąknięty XIX-wiecznym feminizmem. Autorka bardzo krytycznie podchodzi do stylu życia wyższych sfer, zwraca również uwagę na wszelkiego rodzaju ograniczenia, z którymi musiały borykać się współczesne jej kobiety. Tytułowa Wacława postanawia zerwać z etykietką "panny na wydaniu" i podążać za głosem własnego rozumu i serca, a nie postępować według sztywno narzuconych reguł. Nasza główna bohaterka pragnie od życia czegoś więcej, niż małżeństwa z rozsądku i późniejszej wygodnej egzystencji. 
I choć kocha swoich rodziców jednakowo, z biegiem czasu bliższe stają się jej ideały ojca niż matki.


Pamiętnik Wacławy to przyjemna lektura, jednak podczas jej czytania trzeba mieć świadomość tego, że jest ona powieścią tendencyjną i momentami może irytować przesadzonym dydaktyzmem oraz brakiem obiektywnego spojrzenia na poruszane problemy. Bądź co bądź, nie jest to książka pozbawiona uroku, Orzeszkowa posługuje się pięknym językiem - dla miłośników XIX-wiecznej prozy szykuje się uczta literacka z prawdziwego zdarzenia. To jedna z tych książek, które najchętniej czytamy siedząc na werandzie i popijając herbatę z ulubionej filiżanki. Dlatego jeśli szukacie jakiejś klasycznej lektury, warto mieć na uwadze ten tytuł. Ze swojej strony polecam. :)

Za książkę dziękuję Wydawnictwu MG.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Ochy i achy, czyli kilka słów o "Poldark"

Po niezapomnianej Dumie i uprzedzeniu, Jane Eyre czy Północy i Południu, BBC ma dla nas kolejny serial kostiumowy, którym chcąc nie chcąc, nie sposób się nie zachwycić. Nawet jeśli przesadzam - na pewno wyróżnia się w gąszczu kostiumowców z ostatnich lat. Poldark, bo o tym serialu mowa, to produkcja, której scenariusz oparty został na cyklu powieści Winstona Grahama (niestety z tego co mi wiadomo, nigdy nie wydanych w Polsce).

Głównym bohaterem jest kapitan Ross Poldark powracający z przegranej wojny do rodzinnej Kornwalii. Niestety, zamiast szczęśliwego powitania, w domu czekają go same przykre wiadomości. Jego ojciec zmarł i w spadku pozostawił mu rozlatujące się gospodarstwo, w dodatku samego Rossa uznano za poległego w bitwie i jakby tego było mało, jego ukochana przyjęła oświadczyny innego mężczyzny. Poldark został bez ojca, pieniędzy i kobiety, którą kochał. Warto zaznaczyć, że tą ostatnią odebrał mu jego własny kuzyn. Ciężko szukać w tej sytuacji pozytywów. Ross postanawia jednak nie załamywać się i własną pracą odbudować majątek oraz utraconą pozycję.

Największe zalety serialu? Po pierwsze - Aidan Turner. Jako Ross jest po prostu świetny. To taki typ bohatera, którego nie da się nie lubić. Dobry i szlachetny, a przy tym inteligentny no i cóż, bardzo przystojny. Nie wiem, czy Ross Poldark dorówna kiedyś panu Darcy'emu albo Thornotonowi, bo do końca serialu jeszcze daleka droga, ale jest to dość prawdopodobne. Żeby nie spoilerować, o głównych postaciach kobiecych mogę powiedzieć na razie tyle, że wypadają bardzo wiarygodnie i każda z nich wydała mi się na swój sposób interesująca.

Po drugie - Kornwalia. To chyba mówi samo za siebie. Po trzecie - tak, tak, jak zapewne się domyślacie - kostiumy i scenografia. Chwilami mam wrażenie, że wszystko jest dopracowane aż za bardzo, ale może to tylko moje czepialstwo. Bądź co bądź, serial pod względem estetycznym oceniam naprawdę wysoko.

Za mną cztery odcinki Poldarka, czekam na resztę z niecierpliwością i oczywiście zachęcam Was do zapoznania się z tą produkcją.

sobota, 21 marca 2015

"Współczesne maniery" - parę słów o książce

Wiele osób twierdzi, że savoir-vivre to przeżytek. Świat ciągle pędzi do przodu, a my z nim - niestety często zapominając o wzajemnej życzliwości. W związku z tym, wśród wielu ludzi panuje przekonanie, że etykieta nie powinna dotyczyć naszej codzienności - bo życie jest już i tak wystarczająco skomplikowane. A jednak savoir-vivre zamiast komplikować życia, bardzo często je ułatwia. Dobre maniery to przecież nic innego jak szacunek do drugiego człowieka, zachowywanie się wobec kogoś tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani. 

Niedawno w polskich księgarniach pojawił się poradnik Współczesne maniery, czyli jak się zachowywać w drodze na szczyt, którego autorkami są Dorothea Johnson - ekspertka w dziedzinie savoir-vivre'u oraz jej wnuczka i zarazem sławna aktorka - Liv Tyler, pełniąca raczej rolę komentatora wszystkich rad udzielanych przez babcię.

  Czasy się zmieniają podobnie jak obyczaje. Jedyne, co w życiu towarzyskim pozostaje niezmienne, to znaczenie dobrych manier. *

 

Książka została podzielona na sześć rozdziałów (Spotkania i powitania, W pracy, Komunikacja elektroniczna, Wyjścia i podróże, Maniery przy stole, Taktowny gospodarz). Zdecydowanie najbardziej przypadła mi do gustu część o właściwym zachowaniu przy stole. W tym rozdziane zawarto najwięcej konkretnych informacji (rodzaje nakrycia, różnice między europejskim i amerykańskim stylem jedzenia itd).

Na plus oceniam bardzo ładne, porządne wydanie. Poradnik jest bogaty w ilustracje i schematy, dzięki czemu lektura nie jest monotonna. Za minus uznaję niestety zbyt powierzchowne podejście do tematu dobrego wychowania - książka obejmuje zagadnienia z dziedziny savoir-vivre'u, które moim zdaniem większość obytych towarzysko ludzi powinna już znać. Skłamałabym pisząc, że poradnik ten znacznie pogłębił moją wiedzę z dziedziny etykiety. Był jedynie przypomnieniem najważniejszych zasad, podanych w przyjemnej dla oka formie.

Czy polecam? Tak, ale pod warunkiem, że nie oczekujecie wnikliwego ujęcia tematyki savoir-vivre'u. W gruncie rzeczy jest to przyjemna lektura i z pewnością wielu osobom przypadnie do gustu - choćby ze względu na wcześniej wspominane już walory estetyczne oraz naturalne i serdeczne podejście obu autorek do czytelnika.

*Dorothea Johnson, Liv Tyler, Współczesne maniery, czyli jak się zachowywać w drodze na szczyt, przeł. Dorota Malina, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015, s.170

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.