wtorek, 22 lipca 2014

Mozart l'Opera Rock, czyli moja przygoda z francuskim musicalem

Dawno temu szukając muzycznych nowości na youtube natknęłam się na coś, czego jeszcze nigdy w życiu nie widziałam. Niezwykle ciekawe połączenie współczesnej muzyki z Mozartem i i XVIII-wieczna otoczka to coś, czemu po prostu nie mogłam się oprzeć. Choć sama postać wielkiego kompozytora nigdy szczególnie mnie nie fascynowała i wolałam zagłębiać się w dźwięki jego muzyki niż życiorys, Mozart l'Opera Rock zachęciła mnie do tego, by przyjrzeć się z bliska losom genialnego artysty, a przy okazji zaznać znakomitej rozrywki.

Od lewej: Merwan Rim (klaun), Maeva Méline (Maria Anna "Nannerl" Mozart), Florent Mothe (Antonio Salieri), Michelangelo Loconte (Wolfgang Amadeusz Mozart), Melissa Mars (Alysia Weber), Laurent Solal (Leopold Mozart), Diane Dassigny (Konstancja Mozart)
Musical podzielony jest na dwa akty (każdy trwa godzinę). Pierwszy skupia się wokół rodziny Mozarta i jego trudnych relacjach z ojcem oraz niespełnionej miłości do Aloysii Weber, obejmuje także wyjazd do Paryża w towarzystwie matki. Drugi akt opowiada o małżeństwie artysty z Konstancją (młodszą siostrą Aloysii), którą poślubił pomimo sprzeciwu ojca, późniejszej karierze w Wiedniu, rywalizacji z Salierim i tworzeniu Requiem. Równocześnie obserwujemy upadek muzycznego geniusza ze szczytu sławy na samo dno.

Przełomowym wydarzeniom z życia Mozarta i reszty bohaterów towarzyszą odpowiednie piosenki utrzymane w pop-rockowym klimacie (wszystkie śpiewane w języku francuskim) jak i tradycyjne kompozycje. Szczerze mówiąc, jestem pełna podziwu dla twórców MOR za to, że udało im się skomponować porywające utwory, które dodatkowo posiadają niebanalne teksty, idealnie oddające charakter poszczególnych postaci i targające nimi emocje. Chyba najlepiej słychać to (i widać, bo do niektórych utworów nakręcono teledyski) w piosence Le Bien qui fait mal, w której Salieri wyraża jednocześnie podziw i nienawiść do rywala.

 
Le Bien qui fait mal to niewątpliwie majstersztyk. Florent Mothe daje tu wspaniały popis swych możliwości wokalnych. Nawiasem mówiąc Florent, którego poznałam właśnie dzięki MOR jest jednym z moich ulubionych francuskich wokalistów, a jego najnowszą płytę "Rocking Chair" znam prawie na pamięć. ;-) Ale dość o Salierim, teraz przyjrzyjmy się Mozartowi, w którego wciela się równie charyzmatyczny Michelangelo Loconte.
 

Kilka słów o kostiumach... Krótko mówiąc większość strojów jest uwspółcześnioną wersją XVIII-wiecznej garderoby, podobnie fryzury (spośród wszystkich głównych bohaterów białą perukę nosi jedynie ojciec Mozarta). Sądzę jednak, że nie umniejsza to wartości spektaklu, przecież mamy do czynienia z teatralnym show - musicalem, a nie pokazem grupy rekonstrukcyjnej. :-)

Co jest największą zaletą Mozart l'Opera Rock? Moim zdaniem pomysłowe podejście do tematu. Niestety nie wiem jak to jest widzieć ich na żywo, ale domyślam się, że spektakl zapiera dech w piersiach. Bo już samo oglądanie tych ludzi na ekranie budzi we mnie podziw i szacunek. Pokazali oni, że można w ciekawy sposób połączyć przeszłość z teraźniejszością. 
 
Na koniec małe zestawienie oryginalnych wizerunków bohaterów musicalu:


Mozart l'Opera Rock to wyjątkowy musical, gorąco zachęcam Was do zapoznania się z nim lub chociaż obejrzenia kilku teledysków. Naprawdę jest czego posłuchać i czym oko nacieszyć. :-)

wtorek, 15 lipca 2014

Co nowego?

Wakacje to czas kiedy mam szczególną ochotę na pastelowe ubrania. :-) Zimą zazwyczaj chowam się w beżach i czerni, natomiast latem królują kwiatowe wzory, zwiewne tkaniny, a nawet bardzo zdecydowane kolory. Niedawno upolowałam w SH idealne, jakby uszyte na mnie nowe rurki z motywem róż. Kiedy je nałożyłam byłam po prostu w siódmym niebie, bo na takiego hobbita jak ja naprawdę ciężko znaleźć dobrze skrojone spodnie.


Inne drobiazgi, które ostatnio sobie sprezentowałam to torebka z ekologicznej skórki. Jest bardzo miła w dotyku. Skusiłam się też na pachnącą cytrusami wodę toaletową Pret a porter, zapach w sam raz na lato. :-)


A wieczorami, kiedy nie padam jeszcze ze zmęczenia na poduszkę, staram się obejrzeć kawałek jakiegoś filmu albo serialu. To mój taki mały rytuał. W zeszłym tygodniu natknęłam się na film, który co prawda od dawna miałam na liście "muszę zobaczyć", ale jakoś nigdy nie było okazji. Przed wschodem słońca, bo właśnie o ten film mi chodzi, to historia która totalnie porwała mnie swoją prostotą i niewymuszonym romantyzmem. Celine i Jesse poznają się w pociągu, postanawiają wysiąść razem w Wiedniu i rozmawiają... o wszystkim - o miłości, śmierci, religii, filozofii czy seksie. Cała fabuła skupia się wyłącznie na ich konwersacji. Film wciągnął mnie na tyle, że obejrzałam kolejne dwie części, gdzie bohaterowie ponownie się spotykają, a potem... potem nie zdradzę. Choć Przed wschodem słońca nie jest w żadnym wypadku filmem kostiumowym, to może nawet pokusiłabym się o recenzję, jeśli oczywiście chcecie. :-)

Nie wiem czy ktoś poczuje się zainteresowany tą informacją, ale na ekrany powróciła Czarodziejka z Księżyca, symbol mojego i pewnie co niektórych z Was dzieciństwa. Obejrzałam z ciekawości pierwszą część i... nie wiem czy oby na pewno chcę kontynuować dalsze śledzenie nowej serii. Za to nabrałam chęci, żeby poczuć klimat lat 90-tych i włączyć sobie któryś ze starych odcinków. Po latach całkowicie inaczej się to ogląda. :D I nawet nie pomyślałabym, że w soundtracku można znaleźć np. takie perełki. Naprawdę śliczna muzyka.

Kolejny news - wczoraj założyłam fanpage z moimi rysunkami pod nazwą Green Tea ART. Nikogo nie zmuszam do lajkowania, jest to stronka stworzona głównie dla kilku moich znajomych, którzy chcą wiedzieć co tam sobie od czasu do czasu rysuję. Jeśli chcecie, śmiało zaglądajcie. Będę tam co jakiś czas wrzucała coś nowego.


I jeszcze ogłoszenie. Zostało już dosłownie kilka dni do końca zbiórki funduszy na scenografię do kostiumowego filmu pani Anny Nurzyńskiej pt. Odjazd na Cyterę. Więcej informacji na blogu pani Anny.  Link do akcji zbierającej dotacje TUTAJ.


piątek, 11 lipca 2014

Księga stylu Coco Chanel - moja recenzja

Chanel, czyli symbol ponadczasowej elegancji, prostoty i luksusu zarazem. Po dziś dzień nosimy małą czarną, proste żakiety bez kołnierzyka, dżersejowe sukienki, torebki na łańcuszku i z uwielbieniem spryskujemy się Chanel No. 5. Za tym wszystkim stoi kobieta, o której zdaje się powiedziano już wszystko. Coco Chanel od zawsze budziła kontrowersje i nie mam tu na myśli jedynie rewolucji jaką przeprowadziła w świecie mody.

Tym razem z legendą Chanel postanowiła zmierzyć się amerykańska autorka Karen Karbo, ale trzeba przyznać - podeszła do tego w dość nietypowy sposób. Inspirując się postacią kultowej projektantki napisała interesujący poradnik z elementami biografii oraz przemyśleniami dotyczącymi modowego imperium i życia Coco Chanel.
 

Czy ta książka może być ciekawa dla kogoś, kto w ogóle nie interesuje się modą? To była moja pierwsza myśl, kiedy przeczytałam kilka pierwszych stron Księgi stylu. No bo w gruncie rzeczy ja sama o świecie mody wiem niewiele. Nie śledzę najnowszych kolekcji, ubieram się głównie w sieciówkach i ciuchlandach.  :P I jakoś nigdy mnie nie ciągnęło do tego, by zagłębiać się w tajniki modowych imperiów. Karen Karbo jednak pisze bez owijania w bawełnę, ogółem ten poradnik jest jak list do koleżanki, więc czyta się go z przyjemnością. I nie jest to ciągłe gadanie o dżersejowych sukienkach czy małej czarnej. Obok haute couture autorka porusza tematy typowo życiowe (przykładowe rozdziały: o autokreacji, o życiu chwilą, o traktowaniu dozgonnych rywali) wplatając w nie losy samej Coco Chanel. Wracając do zagadnień ściśle zwianych z modą, dowiedziałam się np. na czym polega różnica między Chanel-Chanel a Lagerfeld-Chanel. Zdziwił mnie również fakt, że ubrania projektowane przez Chanel nie miały swoich papierowych pierwowzorów. Więc mamy fajną mieszankę - trochę teorii, trochę praktyki, dużo humoru i życiowych prawd okraszonych cytatami jednej z największych kreatorek mody.

Co do samej Coco, nigdy nie była ona dla mnie do końca pozytywną postacią. Choć zajmuje zaszczytne miejsce w historii mody, osobiście miała bardzo trudny charakter. Zawsze chodziła własnymi drogami i nie liczyła się prawie z nikim. Tak, według mnie Chanel miała w sobie coś z zołzy. Choć jakby nie patrzeć od wczesnych lat dzieciństwa musiała radzić sobie sama i walczyć o swoje. Została wychowana w sierocińcu, więc jeśli jest ktoś taki, kto żyje w przekonaniu, że Chanel była panienką z dobrego domu to grubo się myli. Być może dlatego odniosła tak ogromny sukces, bo posiadała odwagę i upór. Nie mała nic do stracenia więc działała, stawiała wszystko na jedną kartę. Podobnie w miłości - miała bujne życie towarzyskie, raz w życiu prawdziwie się zakochała, jednak finalnie był to związek o tragicznym końcu. Mężczyźni zawsze byli obecni w życiu Chanel. Intrygowała ich, była nietypowa oraz zadziorna i w tym tkwił jej największy urok.

O Chanel świat jeszcze przez długi czas nie zapomni (jeśli kiedykolwiek to nastąpi). Więc myślę, że warto zapoznać się z Księgą stylu. Jest to książka, którą spokojnie można przeczytać w dwa - trzy wieczory. Ze swojej strony polecam Wam ten poradnik, można się przy nim zrelaksować a przy okazji czegoś nowego dowiedzieć.

http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

niedziela, 6 lipca 2014

Pin-up girl

Z czym najbardziej kojarzy Wam się styl pin-up? U mnie w pierwszej kolejności nasuwa się na myśl czerwona szminka i koszula w drobną kratkę, potem Coca-Cola i teledysk do piosenki Candyman Christiny Aguilery. ;-) Pamiętam, że jako dziewczynka zawsze zachwycałam się tym klipem, choć moja wiedza o stylu retro była wówczas znikoma. Dziś kończę 20 lat, więc z tej okazji zrealizowałam jedno ze swoich małych marzeń, by przeistoczyć się w uwielbianą od lat 40-tych po dziś dzień, kobiecą i pozytywną pin-up girl. :-)


fryzura - mama, makijaż - ja :-)
 

Naprawdę dobrze czuję się w stylistyce pin-up, elegancko i swobodnie zarazem. Myślę, że to nie będzie ostatnia tego typu sesja na moim blogu. :-)

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Biografie i wspomnienia, czyli moje książki na lato

Gdy mogę przeczytać książkę dla własnej przyjemności, przeważnie mój wybór pada na jakąś powieść. Obojętnie czy to Bronte, czy Murakami. Jednak ostatnio coś mnie tknęło i przytaszczyłam z biblioteki kilka książek, które odkładałam na przysłowiową półkę 'kiedyś przeczytam, tylko nie wiem kiedy".


Tak więc zaczęłam czytać biografię Audrey Hepburn Oczarowanie (w sumie jestem już w połowie) i Pierwsze Damy II Rzeczpospolitej. Wczoraj skończyłam Życie codzienne arystokracji - bardzo polecam, choćby ze względu na mnóstwo zdjęć i obrazów. W kolejce czekają W przedwojennej Polsce i Jak zostać królem (uwielbiam film, więc wersja papierowa też nie może być zła). I jeszcze w ramach bonusu dwie książki. Szwedzki dom panujący kupiłam sobie w ramach prezentu urodzinowego, a Elity II Rzeczpospolitej dostała moja siostra jako nagrodę za ukończenie gimnazjum z wyróżnieniem. I oczywiście mi ją oddała. :)


Skoro już jesteśmy w temacie biografii i wspomnień, to może polecicie coś jeszcze?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...