piątek, 1 sierpnia 2014

Maria Antonina w wersji black & white - "Marie Antoinette" (1938)

Norma Shearer w filmie Maria Antonina (1938)  
reż W.S. Van Dyke, Julien Devivier
Aż sama jestem zdziwiona, że tak długo nie pisałam o żadnym filmie, przydałoby się nadrobić zaległości. Jest ku temu okazja, bo wczoraj skończyłam oglądać Marię Antoninę z 1938 roku. Rozplanowałam ją sobie na dwa dni (ponieważ trwa dwie i pół godziny, a wątków i tak nie sposób pogubić, bo całą historię znam na pamięć). Film tradycyjnie rozpoczyna się od momentu, gdy Maria Teresa oznajmia swej córce, Marii Antoninie, że ma być poślubiona delfinowi Francji. Gdy austriacka arcyksiężniczka przybywa na dwór Ludwika XV jest lekko rozczarowana przyszłym małżonkiem, jednocześnie zjednuje sobie serca większości mieszkańców Wersalu, a potem śmiało korzysta z uroków bycia delfiną Francji. Jak każdy wie, słono jej przyjdzie za to zapłacić.

Film nakręcono na podstawie biografii Marii Antoniny autorstwa Stefana Zweiga (którą akurat obecnie czytam). Jeśli brać pod uwagę jej objętość (370 stron drobnego druku) i czasy w których film powstawał, można powiedzieć, że jest on dość wierną adaptacją książki. Doszłam także do wniosku, że ta właśnie ekranizacja jest o wiele bliższa prawdzie historycznej niż sławna produkcja Sofii Coppoli.


Czarno - białe filmy mają swój urok. Lubię je, choć zazwyczaj nie wywołują we mnie głębszych emocji. Dlaczego? Bo podczas ich oglądania mam pełną świadomość, że wszystko zostało wyreżyserowane. Byłam ciekawa jak to będzie wyglądało w przypadku Marii Antoniny, czy uronię łezkę nad nieszczęsnym losem królowej? Czy ten film będzie w stanie mnie poruszyć? Przyznam, że tak. Na swój sposób był wzruszający, były momenty gdzie nieco drewniana na dzisiejsze standardy i teatralna gra aktorska pozytywnie mnie zaskoczyła. Do takich scen mogę zaliczyć np. przyjazd Marii Antoniny do Wersalu i jej reakcję na widok Ludwika, następcy tronu i swego przyszłego męża - bezcenne. Albo z tych tragiczniejszych fragmentów filmu - gdy odbierają uwięzionej królowej ukochane dziecko. To też było bardzo dobrze zagrane.

W scenariuszu ujęte zostały wszystkie najważniejsze wydarzenia z życia Marii Antoniny. Jednym ze scenarzystów, aczkolwiek niewymienionym w czołówce, jest sam Francis Scott Fitzgerald (to taka mała ciekawostka). Co najbardziej rzuca się w oczy podczas oglądania filmu? Oczywiście wszechobecny przepych, w dodatku sporo moim zdaniem przesadzony. Ale to jest właśnie charakterystyczne dla dawniejszych filmów, że przerysowują nieco rzeczywistość i oglądając je po kilkudziesięciu latach po prostu trzeba przymknąć na to oko.

Norma Shearer w tytułowej roli, Maria Antonina (1938), reż W.S. Van Dyke, Julien Devivier
Myślę, że najmocniejszą zaletą tej produkcji jest genialny dobór aktorów. Maria Antonina w końcu ma swą królewską godność, jest delikatna i uczuciowa, a zarazem odważna i dumna. Norma Shearer to bez wątpienia najlepsza Antoinette jaką widziałam. Podobnie Robert Morley jako Ludwik XVI jest bardzo bliski oryginału - te nosowe brzmienie głosu, sposób poruszania się i symboliczne jabłko w kieszeni (bo Jego Wysokość ze wszystkich możliwych zajęć najbardziej lubił... jeść) sprawiły, że naprawdę skłonna byłam uwierzyć, że oglądam jakiś archiwalny dokument przedstawiający ówczesnego króla Francji. Ogólnie większość postaci zachowało wizerunek bardzo podobny do rzeczywistego. Nawet Danton i Robespierre (tak, pojawili się na chwilę na ekranie) jakoś dziwnie przypominali samych siebie. I to akurat uważam za niesamowite!

Robert Morley jako Ludwik XVI , Maria Antonina (1938), reż W.S. Van Dyke, Julien Devivier
Myśleliście, że zapomniałam o Fersenie? O nie, nie, po prostu najsmaczniejszy kąsek zostawiłam na koniec. Fersen to trochę ciężki orzech do zgryzienia, bo jego gra aktorska (tzn. Tyrone Powera) wydawała mi się najbardziej drewniana, ale z drugiej strony - ukochany Marii Antoniny nigdy nie był nazbyt wylewny, cechowała go pewna surowość typowa dla Skandynawów, więc chyba nie ma sensu się czepiać. Choć jakby nie patrzeć, wszystkie niedostatki gry aktorskiej Power wynagradza swoim wyglądem. Jak donoszą źródła historyczne hrabia Hans Axel von Fersen był przystojnym, wysokim, szczupłym mężczyzną o pociągłej twarzy. Miał niemal czarne oczy i wyraźnie zarysowanie brwi. Tak więc pod względem wizualnym ten Fersen podoba mi się może i bardziej niż Jamie Dornan z filmu Coppoli. Swoją drogą, ostatnimi czasy Dornan strasznie zbladł w mych oczach jako aktor (ale zostawmy ten temat) i działa to na korzyść Powera, którego mogę uznać za najlepszego Fersena jakiego kino stworzyło.

Tyrone Power jako hrabia Hans Axel fon Fersen, Maria Antonina (1938), reż W.S. Van Dyke, Julien Devivier
Czy polecam ten film? Jasne, że tak! Jednak pod warunkiem, że lubicie dawniejsze kino i interesuje Was historia Marii Antoniny. Bo jeśli ani jedno ani drugie specjalnie Was nie kręci, uśniecie po pierwszych dwóch minutach. Dla mnie był to wyjątkowo udany seans, ciekawie było przyjrzeć się losom nieszczęsnej królowej oczami ludzi żyjących w latach 30-tych ubiegłego stulecia.

niedziela, 27 lipca 2014

Le Roi Soleil - francuskie musicale część II

Le Roi Soleil obejrzałam dopiero kilka dni temu, choć liczy sobie prawie dziesięć lat. Żeby było zabawniej, znam od dawna niemal wszystkie piosenki z tego musicalu, niestety jego samego w całości nigdzie nie mogłam dorwać. I w końcu udało się!

Jak sam tytuł wskazuje głównym bohaterem musicalu jest Ludwik XIV. Zanim stanie się Królem Słońce, poznajemy go jeszcze jako młodzieńca, szalenie zakochanego w siostrzenicy kardynała Mazarina, pięknej Marii Mancini. Dziewczyna odwzajemnia jego uczucia, młodzi przyrzekają sobie miłość i wierzą, że już tylko śmierć jest w stanie ich rozłączyć. Niestety, małżeństwo Ludwika z niższego stanu kobietą nie może dojść do skutku. Następca tronu dla zapewnienia pokoju w Europie musi ożenić się z hiszpańską infantką Marią Teresą i tym samym zakochani zostają brutalnie rozdzieleni. Wkrótce umiera wyznaczony na regenta Mazarin i 22-letni Ludwik zyskuje pełnię władzy. Zaczyna wprowadzać reformy w państwie, umacnia swą władzę i dąży do uczynienia z Francji mocarstwa, angażując się przy tym w coraz to nowe romanse.

Ach, co to były za wspaniałe dwie godziny! W poprzedniej notce zachwycałam się Mozart l'Opera Rock, a teraz dostałam zupełnego świra na punkcie Le Roi Soleil. Co prawda MOR nadal zostaje moim ulubionym musicalem pod względem muzycznym, bo każda piosenka z niego pochodząca to istny majstersztyk. Z kolei Le Roi Soleil pokochałam za fabułę, niesamowity nastrój, rozmach z jakim zrobiono ten musical oraz przepiękne teksty piosenek. Przyznaję się bez bicia, że przez połowę spektaklu miałam łzy w oczach.

 
Le Roi Soleil to nie tylko Ludwik i jego ukochana Maria. Mamy też niesfornego i zblazowanego królewskiego brata - Filipa, zwanego Monsieur, w którego brawurowo wcielił się Christophe Maé. Cóż on wyczyniał na tej scenie, niemal akrobacje! Wiele razy pojawia się także zbuntowany przeciw absolutyzmowi Diuk de Beaufort oraz towarzysząca mu dziewczyna z ludu. Obserwujemy również losy przyszłej markizy de Maintenon, Françoise d'Aubigné i związek króla z podstępną markizą de Montespan. No i cóż, ciężko powiedzieć kto jest moim faworytem... Chyba najbardziej dałam się oczarować samemu Ludwikowi XIV, którego zagrał Emmanuel Moire. Emmanuel chwycił mnie za serce swą wrażliwością i sceniczną ekspresją, już samo patrzenie na jego twarz podczas występów to było coś magicznego. Zupełnie nie dziwię się, że rola króla przyniosła mu wielką sławę, bo trzeba to przyznać - jest niezwykłym artystą o pięknej, aksamitnej barwie głosu, której nie sposób się oprzeć.


Musical ten sprawił, że nabrałam chęci by szerzej zainteresować się historią Francji za czasów panowania Ludwika XIV, jestem też ogromnie ciekawa pamiętników Marii Mancini, które ukazały się w polskim nakładzie. No i mam coraz większy apetyt na kolejne francuskie musicale oraz nadzieję, że uda mi się zobaczyć jeszcze coś tak dobrego jak LRS albo MOR. Tym samym gorąco namawiam i Was do zapoznania się choćby z Le Roi Soleil, klasyką gatunku. W moim przypadku te dwie godziny poświęcone na obejrzenie spektaklu minęły błyskawicznie, ani przez chwilę się nie nudziłam i jestem pewna, że jeszcze nie raz wrócę do tego fascynującego widowiska.

wtorek, 22 lipca 2014

Mozart l'Opera Rock, czyli moja przygoda z francuskim musicalem

Dawno temu szukając muzycznych nowości na youtube natknęłam się na coś, czego jeszcze nigdy w życiu nie widziałam. Niezwykle ciekawe połączenie współczesnej muzyki z Mozartem i i XVIII-wieczna otoczka to coś, czemu po prostu nie mogłam się oprzeć. Choć sama postać wielkiego kompozytora nigdy szczególnie mnie nie fascynowała i wolałam zagłębiać się w dźwięki jego muzyki niż życiorys, Mozart l'Opera Rock zachęciła mnie do tego, by przyjrzeć się z bliska losom genialnego artysty, a przy okazji zaznać znakomitej rozrywki.

Od lewej: Merwan Rim (klaun), Maeva Méline (Maria Anna "Nannerl" Mozart), Florent Mothe (Antonio Salieri), Michelangelo Loconte (Wolfgang Amadeusz Mozart), Melissa Mars (Alysia Weber), Laurent Solal (Leopold Mozart), Diane Dassigny (Konstancja Mozart)
Musical podzielony jest na dwa akty (każdy trwa godzinę). Pierwszy skupia się wokół rodziny Mozarta i jego trudnych relacji z ojcem oraz niespełnionej miłości do Aloysii Weber, obejmuje także wyjazd do Paryża w towarzystwie matki. Drugi akt opowiada o małżeństwie artysty z Konstancją (młodszą siostrą Aloysii), którą poślubił pomimo sprzeciwu ojca, późniejszej karierze w Wiedniu, rywalizacji z Salierim i tworzeniu Requiem. Równocześnie obserwujemy upadek muzycznego geniusza ze szczytu sławy na samo dno.

Przełomowym wydarzeniom z życia Mozarta i reszty bohaterów towarzyszą odpowiednie piosenki utrzymane w pop-rockowym klimacie (wszystkie śpiewane w języku francuskim) jak i tradycyjne kompozycje. Szczerze mówiąc, jestem pełna podziwu dla twórców MOR za to, że udało im się skomponować porywające utwory, które dodatkowo posiadają niebanalne teksty, idealnie oddające charakter poszczególnych postaci i targające nimi emocje. Chyba najlepiej słychać to (i widać, bo do niektórych utworów nakręcono teledyski) w piosence Le Bien qui fait mal, w której Salieri wyraża jednocześnie podziw i nienawiść do rywala.

 
Le Bien qui fait mal to niewątpliwie majstersztyk. Florent Mothe daje tu wspaniały popis swych możliwości wokalnych. Nawiasem mówiąc Florent, którego poznałam właśnie dzięki MOR jest jednym z moich ulubionych francuskich wokalistów, a jego najnowszą płytę "Rocking Chair" znam prawie na pamięć. ;-) Ale dość o Salierim, teraz przyjrzyjmy się Mozartowi, w którego wciela się równie charyzmatyczny Michelangelo Loconte.
 

Kilka słów o kostiumach... Krótko mówiąc większość strojów jest uwspółcześnioną wersją XVIII-wiecznej garderoby, podobnie fryzury (spośród wszystkich głównych bohaterów białą perukę nosi jedynie ojciec Mozarta). Sądzę jednak, że nie umniejsza to wartości spektaklu, przecież mamy do czynienia z teatralnym show - musicalem, a nie pokazem grupy rekonstrukcyjnej. :-)

Co jest największą zaletą Mozart l'Opera Rock? Moim zdaniem pomysłowe podejście do tematu. Niestety nie wiem jak to jest widzieć ich na żywo, ale domyślam się, że spektakl zapiera dech w piersiach. Bo już samo oglądanie tych ludzi na ekranie budzi we mnie podziw i szacunek. Pokazali oni, że można w ciekawy sposób połączyć przeszłość z teraźniejszością. 
 
Na koniec małe zestawienie oryginalnych wizerunków bohaterów musicalu:


Mozart l'Opera Rock to wyjątkowy musical, gorąco zachęcam Was do zapoznania się z nim lub chociaż obejrzenia kilku teledysków. Naprawdę jest czego posłuchać i czym oko nacieszyć. :-)

wtorek, 15 lipca 2014

Co nowego?

Wakacje to czas kiedy mam szczególną ochotę na pastelowe ubrania. :-) Zimą zazwyczaj chowam się w beżach i czerni, natomiast latem królują kwiatowe wzory, zwiewne tkaniny, a nawet bardzo zdecydowane kolory. Niedawno upolowałam w SH idealne, jakby uszyte na mnie nowe rurki z motywem róż. Kiedy je nałożyłam byłam po prostu w siódmym niebie, bo na takiego hobbita jak ja naprawdę ciężko znaleźć dobrze skrojone spodnie.


Inne drobiazgi, które ostatnio sobie sprezentowałam to torebka z ekologicznej skórki. Jest bardzo miła w dotyku. Skusiłam się też na pachnącą cytrusami wodę toaletową Pret a porter, zapach w sam raz na lato. :-)


A wieczorami, kiedy nie padam jeszcze ze zmęczenia na poduszkę, staram się obejrzeć kawałek jakiegoś filmu albo serialu. To mój taki mały rytuał. W zeszłym tygodniu natknęłam się na film, który co prawda od dawna miałam na liście "muszę zobaczyć", ale jakoś nigdy nie było okazji. Przed wschodem słońca, bo właśnie o ten film mi chodzi, to historia która totalnie porwała mnie swoją prostotą i niewymuszonym romantyzmem. Celine i Jesse poznają się w pociągu, postanawiają wysiąść razem w Wiedniu i rozmawiają... o wszystkim - o miłości, śmierci, religii, filozofii czy seksie. Cała fabuła skupia się wyłącznie na ich konwersacji. Film wciągnął mnie na tyle, że obejrzałam kolejne dwie części, gdzie bohaterowie ponownie się spotykają, a potem... potem nie zdradzę. Choć Przed wschodem słońca nie jest w żadnym wypadku filmem kostiumowym, to może nawet pokusiłabym się o recenzję, jeśli oczywiście chcecie. :-)

Nie wiem czy ktoś poczuje się zainteresowany tą informacją, ale na ekrany powróciła Czarodziejka z Księżyca, symbol mojego i pewnie co niektórych z Was dzieciństwa. Obejrzałam z ciekawości pierwszą część i... nie wiem czy oby na pewno chcę kontynuować dalsze śledzenie nowej serii. Za to nabrałam chęci, żeby poczuć klimat lat 90-tych i włączyć sobie któryś ze starych odcinków. Po latach całkowicie inaczej się to ogląda. :D I nawet nie pomyślałabym, że w soundtracku można znaleźć np. takie perełki. Naprawdę śliczna muzyka.

Kolejny news - wczoraj założyłam fanpage z moimi rysunkami pod nazwą Green Tea ART. Nikogo nie zmuszam do lajkowania, jest to stronka stworzona głównie dla kilku moich znajomych, którzy chcą wiedzieć co tam sobie od czasu do czasu rysuję. Jeśli chcecie, śmiało zaglądajcie. Będę tam co jakiś czas wrzucała coś nowego.


I jeszcze ogłoszenie. Zostało już dosłownie kilka dni do końca zbiórki funduszy na scenografię do kostiumowego filmu pani Anny Nurzyńskiej pt. Odjazd na Cyterę. Więcej informacji na blogu pani Anny.  Link do akcji zbierającej dotacje TUTAJ.


piątek, 11 lipca 2014

Księga stylu Coco Chanel - moja recenzja

Chanel, czyli symbol ponadczasowej elegancji, prostoty i luksusu zarazem. Po dziś dzień nosimy małą czarną, proste żakiety bez kołnierzyka, dżersejowe sukienki, torebki na łańcuszku i z uwielbieniem spryskujemy się Chanel No. 5. Za tym wszystkim stoi kobieta, o której zdaje się powiedziano już wszystko. Coco Chanel od zawsze budziła kontrowersje i nie mam tu na myśli jedynie rewolucji jaką przeprowadziła w świecie mody.

Tym razem z legendą Chanel postanowiła zmierzyć się amerykańska autorka Karen Karbo, ale trzeba przyznać - podeszła do tego w dość nietypowy sposób. Inspirując się postacią kultowej projektantki napisała interesujący poradnik z elementami biografii oraz przemyśleniami dotyczącymi modowego imperium i życia Coco Chanel.
 

Czy ta książka może być ciekawa dla kogoś, kto w ogóle nie interesuje się modą? To była moja pierwsza myśl, kiedy przeczytałam kilka pierwszych stron Księgi stylu. No bo w gruncie rzeczy ja sama o świecie mody wiem niewiele. Nie śledzę najnowszych kolekcji, ubieram się głównie w sieciówkach i ciuchlandach.  :P I jakoś nigdy mnie nie ciągnęło do tego, by zagłębiać się w tajniki modowych imperiów. Karen Karbo jednak pisze bez owijania w bawełnę, ogółem ten poradnik jest jak list do koleżanki, więc czyta się go z przyjemnością. I nie jest to ciągłe gadanie o dżersejowych sukienkach czy małej czarnej. Obok haute couture autorka porusza tematy typowo życiowe (przykładowe rozdziały: o autokreacji, o życiu chwilą, o traktowaniu dozgonnych rywali) wplatając w nie losy samej Coco Chanel. Wracając do zagadnień ściśle zwianych z modą, dowiedziałam się np. na czym polega różnica między Chanel-Chanel a Lagerfeld-Chanel. Zdziwił mnie również fakt, że ubrania projektowane przez Chanel nie miały swoich papierowych pierwowzorów. Więc mamy fajną mieszankę - trochę teorii, trochę praktyki, dużo humoru i życiowych prawd okraszonych cytatami jednej z największych kreatorek mody.

Co do samej Coco, nigdy nie była ona dla mnie do końca pozytywną postacią. Choć zajmuje zaszczytne miejsce w historii mody, osobiście miała bardzo trudny charakter. Zawsze chodziła własnymi drogami i nie liczyła się prawie z nikim. Tak, według mnie Chanel miała w sobie coś z zołzy. Choć jakby nie patrzeć od wczesnych lat dzieciństwa musiała radzić sobie sama i walczyć o swoje. Została wychowana w sierocińcu, więc jeśli jest ktoś taki, kto żyje w przekonaniu, że Chanel była panienką z dobrego domu to grubo się myli. Być może dlatego odniosła tak ogromny sukces, bo posiadała odwagę i upór. Nie mała nic do stracenia więc działała, stawiała wszystko na jedną kartę. Podobnie w miłości - miała bujne życie towarzyskie, raz w życiu prawdziwie się zakochała, jednak finalnie był to związek o tragicznym końcu. Mężczyźni zawsze byli obecni w życiu Chanel. Intrygowała ich, była nietypowa oraz zadziorna i w tym tkwił jej największy urok.

O Chanel świat jeszcze przez długi czas nie zapomni (jeśli kiedykolwiek to nastąpi). Więc myślę, że warto zapoznać się z Księgą stylu. Jest to książka, którą spokojnie można przeczytać w dwa - trzy wieczory. Ze swojej strony polecam Wam ten poradnik, można się przy nim zrelaksować a przy okazji czegoś nowego dowiedzieć.

http://www.wydawnictwoliterackie.pl/
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...