wtorek, 9 grudnia 2014

Elizabeth Gaskell - Panie z Cranford

Może zabrzmi to zabawnie, ale Elizabeth Gaskell poznałam dzięki BBC. A konkretniej za sprawą serialu Północ i Południe, którego wielką miłośniczką jestem do dziś. Po wspaniałej lekturze książkowej wersji powyższej historii oraz zapoznaniu się z jeszcze dwoma innymi dziełami Gaskell (Ruth, Życie Charlotte Brontë) przyszła kolej na Panie z Cranford, które planowałam przeczytać już od dłuższego czasu. Nie wiem czy pamiętacie - parę miesięcy temu pisałam o znakomitym serialu, nakręconym na podstawie tej powieści, który (podobnie jak było w przypadku Północy i Południa) tylko spotęgował moją chęć do sięgnięcia po pierwowzór. Ekranizacją byłam zachwycona, więc wobec książki też miałam spore oczekiwania. A pani Gaskell po raz kolejny mnie nie zawiodła.
  
A więc przede wszystkim Cranford jest we władaniu Amazonek; 
kobiety rządzą we wszystkich domach o nieco wyższym czynszu.*


Panie z Cranford to liczący sobie około dwustu stron swoisty zbiór scenek rodzajowych z życia kobiet zamieszkujących fikcyjne miasteczko w XIX-wiecznej Anglii. Jedną z naszych głównych bohaterek jest niemłoda już panna Mattie Jenkyns, żyjąca skromnie, lecz elegancko wraz ze swą siostrą Deborą. Panny Jenkyns - córki niegdysiejszego pastora, różnią się od siebie usposobieniem. Matylda jest dobroduszna i nieco naiwna, a Deborę można uznać za wcielenie poprawności i surowej dyscypliny. Kolejne panie, które poznajemy w miarę dalszej wędrówki po Cranford to zadziorna plotkara (aczkolwiek urocza) panna Pole, snobistyczna pani Jamieson, przezabawna pani Forrester oraz Mary Smith, która jest jednocześnie narratorką powieści. Nie będzie przesadą, jeśli powiem, że wszystkie postacie są bardzo charakterne i zostają w pamięci przez długi czas.

Elizabeth Gaskell

Zapewne wiele osób znających dzieła Elizabeth Gaskell zgodzi się ze mną co to tego, że tuż obok Jane Austen i sióstr Brontë jest ona mistrzynią w przenoszeniu współczesnego czytelnika w XIX wiek - mam tu na myśli XIX wiek widziany okiem kobiety. Dzięki pani Gaskell znów mogłam przeżyć wspaniałą podróż w czasie i zagościć w niezwykłym miejscu - tym razem w Cranford, gdzie radość przeplata się z gorzkim smutkiem. Bo żeby nie było tak cukierkowo, nasi bohaterowie przeżywają także trudne chwile - śmierć najbliższych, gorycz dawnych wspomnień, czy problemy natury finansowej. Jednak piękne jest to, że cokolwiek by się nie działo, panie z Cranford potrafią się wzajemnie wspierać i tworzą zgrany babski klan.


Gaskell jak mało kto potrafi z humorem i w ciekawy sposób opowiadać o prozie życia w XIX wieku, które toczyło się w swoim powolnym rytmie. A w przypadku tej powieści - dwa razy bardziej powolnym, bo kranfordzkim paniom nie w smak są wszelkie nadchodzące zmiany. Nasze bohaterki żyją we własnym świecie, gdzie największą wartość ma tradycja i to co było na porządku dziennym w czasach ich młodości. Panie z Cranford to książka o kobietach dla kobiet - nieco nostalgiczna, wzruszająca, pełna ciepła i nadziei na lepsze jutro. Wszystkie te spotkania przy herbatce, drobne sprawunki, czy małe wielkie sensacje są tak urocze, czasem nawet rozczulające, że nie sposób nie pokochać Cranford i jego mieszkańców. A jeśli tak jak ja, po prostu uwielbiacie klasykę angielskiej literatury, gwarantuję Wam, że ta książka będzie idealną lekturą na zimowe dni i na pewno wrócicie do niej jeszcze wiele razy. 

*Elizabeth Gaskell, Panie z Cranford (s.5), przeł. Aldona Szpakowska, wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2014
Za miłą lekturę dziękuję wydawnictwu Świat Książki.

wtorek, 2 grudnia 2014

Co nowego w kinie kostiumowym?

Ku mojej wielkiej radości, co jakiś czas dowiaduję się o nowych produkcjach kostiumowych, które już powstały (ale niestety nie wiadomo kiedy nastąpi ich polska premiera) lub o takich, które dopiero są w fazie przygotowań, jednakże warto na nie czekać. Dziś mam dla Was małe zestawienie najnowszych bądź dopiero produkowanych ciekawie zapowiadających się filmów kostiumowych. Mam nadzieję, że znajdziecie coś dla siebie.

Effie Gray - na ten film czekam z największą niecierpliwością i mam nadzieję, że jego polska premiera nadejdzie już niebawem. Klimat nieco przypominający najnowszą Jane Eyre, intrygująca fabuła (historia małżeństwa Johna Ruskina, a raczej chęci jego anulowania przez młodziutką żonę), świetna obsada - Emma Thompson (także jako autorka scenariusza), Greg Wise i Dakota Fanning w tytułowej roli, to już wystarczające powody by uznać, że produkcja jest warta uwagi.

 
A Little Chaos - film, którego reżyserii podjął się Alan Rickman (wystąpił również w głównej roli - Ludwika XIV). Akcja kręci się wokół konkurujących ze sobą projektantów ogrodów, mających utworzyć fontannę w Wersalu. Kino raczej lekkie i przyjemne, jako dodatkowy plus - Kate Winslet i Jennifer Ehle w rolach pięknych dam.

Miss Julie - ekranizacja sztuki Augusta Strindberga, opowiadającej o arystokratce, która wdała się w romans z lokajem. W rolach głównych Jessica Chastain i Colin Farrell.

Makbet - kolejna filmowa adaptacja sztuki Szekspira. W roli głównej - Michael Fassbender, jako lady Makbet - Marion Cotillard. Przy takiej obsadzie można mieć spore oczekiwania. Mam nadzieję, że się nie zawiedziemy.

Mr. Turner - historia brytyjskiego malarza Williama Turnera, czyli coś dla wielbicieli sztuki nie tylko filmowej.
W roli tytułowej Timothy Spal.

The Happy Prince - film, za który odpowiedzialny jest Rupert Everett.  Obrazuje on ostatnie lata życia Oscara Wilde'a, który po wyjściu z więzienia, gdzie odsiadywał wyrok za kontakty homoseksualne, podupada na zdrowiu i żyje w nędzy. W jedną z ważniejszych ról ma wcielić się Colin Firth.

The Laureate - film biograficzny opowiadający historię trójkąta miłosnego między Robertem Gravesem (Orlando Bloom), Nancy Nicholson i pisarką Laurą Riding. W tle obraz społeczeństwa w latach 20 XX wieku.

Crimson Peak - horror z Tomem Hiddlestonem i Jessicą Chastain. Jakkolwiek nie przepadam za tym gatunkiem filmowym, na tę produkcję czekam z niecierpliwością, choćby ze względu na świetną scenografię i kostiumy (Tom w lennonkach - bezcenny widok)!

Poldark - perypetie pewnej rodziny żyjącej w XIX-wiecznej Kornwalii. Już sam Aidan Turner w mundurze to wystarczający powód, dla którego nie mogę się doczekać tego serialu. :)

Coś Was zaciekawiło? Jeśli przeoczyłam jakiś nowy kostiumowiec, który warto mieć na uwadze - piszcie. :)

sobota, 27 września 2014

Charlotte Brontë - Niedokończone opowieści

Początek jesieni zdecydowanie upływa mi pod znakiem sióstr Brontë. Chyba nie ma lepszej pory roku na książkowe spacery pośród wrzosowisk albo wieczorne wylegiwanie się pod kołdrą z wiktoriańską powieścią w rękach. Nie tak dawno czytałam biografię Charlotte Brontë napisaną przez Elizabeth Gaskell, a teraz w moje ręce wpadło pierwsze polskie wydanie Niedokończonych opowieści. Gdy tylko dowiedziałam się o istnieniu tej książki, wiedziałam, że koniecznie muszę ją przeczytać.


Na Niedokończone opowieści składają się cztery urwane w pewnym momencie opowiadania. Pierwsze z nich pt. Ashworth, to historia, której głównym bohaterem jest ekstrawagancki młodzieniec z dobrego domu. Później obserwujemy go jako męża i ojca, śledzimy też jego karierę. Czy Ashworth dobrze sprawdzi się w roli głowy rodziny? Tego nie zdradzę. Powiem tylko, że na tle wszystkich opowiadań to akurat spodobało mi się najbardziej. Drugi utwór noszący tytuł Emma, przywodzi od razu na myśl Małą księżniczkę Frances Hodgson Burnett. Mamy tu podobnie jak we wspomnianej książce tajemniczą dziewczynkę oddaną do szkoły dla panien.
Kolejne opowiadanie, Państwo Moore mające w sobie nieco z satyry, ukazuje nam portret świeżo poślubionego małżeństwa. Zarówno pan jak i pani Moore mają ogniste charaktery, co czyni ich związek dość wybuchowym, pełnym sprzeczek oraz wzajemnych utyskiwań. Ostatni utwór, Historia Williego Ellina poświęcony jest dwóm braciom, gdzie starszy z nich znęca się nad młodszym. To opowiadanie z całej czwórki ma zdecydowanie najbardziej ponury klimat i chyba najmniej przypadło mi do gustu.


Nikt nie potrafi pisać tak jak Charlotte Brontë. Nikt inny nie umie tak celnie, czasem ledwie w paru słowach nadać postaci niepowtarzalnego charakteru. Kiedy czyta się Niedokończone opowieści, od pierwszych stron czuć melancholijny i subtelny nastrój, okraszony w niektórych momentach inteligentnym i bardzo wyważonym humorem. Ta książka po prostu broni się sama, a raczej broni ją nazwisko Brontë. Bo powiedzcie mi, czy Charlotte mogła napisać coś, co nie jest co najmniej dobre? Mnie ta lektura usatysfakcjonowała, pomimo tego, że wszystkie opowiadania są niedokończone. Wiecie dlaczego? Bo we współczesnym świecie nie ma już takich powieści, nie ma drugiej takiej Brontë, która za każdym razem, gdy otwieram jej książkę zabiera mnie gdzieś daleko na angielskie wrzosowiska. I dlatego każde napisane przez nią zdanie oraz każda jej myśl jest cenna, stanowi skarb jaki nam po sobie pozostawiła.

Za książkę dziękuję wydawnictwu MG.

niedziela, 21 września 2014

Drugie urodziny bloga + niespodzianka!

Pamiętam jak dziś ten dzień, w którym postanowiłam, że założę bloga. Był to 18 września 2012 roku, deszczowe popołudnie, chwila zamyślenia z kubkiem herbaty i nastrojową muzyką w tle. Aż trudno uwierzyć, że od tego momentu minęły już dwa lata.

O ile pierwszy rok był czasem eksperymentów i szukania własnej drogi blogowania, o tyle drugi pozwolił mi się przed Wami bardziej otworzyć i mimo różnorodnej treści wpisów odnaleźć tematy, które szczególnie interesują zarówno Was jak i mnie samą. Dodatkowo prócz recenzji filmów, książek i muzyki udało mi się stworzyć szereg postów ze stylizacjami, dla których źródło inspiracji stanowiły moje ulubione postacie kina czy literatury. Tak też chciałabym Wam najserdeczniej podziękować za wszystkie miłe słowa, komentarze i rozmowy. Za to, że za każdym razem, gdy zaczynam wątpić w sens prowadzenia tego bloga, niespodziewanie dostaję maile od osób, którym bliskie jest to o czym piszę i co pokazuję. Z całego serca DZIĘKUJĘ! :)

A teraz obiecana niespodzianka!
Od początku istnienia bloga nie organizowałam żadnego konkursu, więc chyba czas najwyższy. Jeśli macie ochotę, zapraszam Was do wzięcia udziału w małym losowaniu. Nagroda jest jedna, a składa się na nią to, co widać na zdjęciu - wieszaczek na ścianę, świeczka Kringle Candle o zapachu kwiatu wiśni, serial Emma produkcji BBC i pudełko aromatycznych suszków. Aby wziąć udział w losowaniu wystarczy zostawić komentarz pod tym postem, wyrażając chęć uczestniczenia w konkursie oraz dodatkowo odpowiedzieć na pytanie - który z dotychczasowych wpisów na My little reflections spodobał Ci się najbardziej i dlaczego? Osoby, które nie posiadają konta na blogspocie mogą napisać wiadomość na Facebooku bądź maila. Nie zmuszam nikogo do obserwowania bloga czy lajkowania fanpage'a, ale będzie mi miło, jeśli zechcecie w taki sposób pozostać ze mną na dłużej. :) Zgłoszenia przyjmuję do 21 października 2014, a dzień później wylosuję jedną osobę, która otrzyma nagrodę. Wyniki podam w tym wpisie oraz na Facebooku.

Powodzenia! :)

__________________________________________________________________________

Wyniki losowania!
Miło mi powiadomić, że nagroda powędruje do czytelniczki o nicku Rouge. Zwyciężczynię proszę o kontakt, a pozostałym uczestniczkom serdecznie dziękuję za wzięcie udziału w konkursie. 


środa, 17 września 2014

Elizabeth Gaskell - Życie Charlotte Brontë

Kiedy pierwszy raz czytałam Jane Eyre, ogarnęło mnie dziwne, nieznane dotąd uczucie głębokiej więzi z główną bohaterką. W Jane odnalazłam cześć siebie, stała się dla mnie najlepszą przyjaciółką i zarazem ideałem kobiety. Chyba w całej historii literatury angielskiej nie ma drugiej postaci tak pełnej godności, szczerej oraz żyjącej w zgodzie z samą sobą i swoimi przekonaniami. Potem przyszła pora na kolejne książki sygnowane nazwiskiem Brontë - Wichrowe Wzgórza autorstwa Emily, Agnes Grey, czyli powieść Anne i Shirley, napisaną znów przez najstarszą z sióstr. Jednak żadna z tych książek nie dorównała Jane Eyre, która jak się okazuje, jest opowieścią Charlotte o niej samej, swego rodzaju autobiografią, choć niedosłowną.

Charlotte Brontë i Elizabeth Gaskell - Można powiedzieć, że te dwie kobiety były absolutnie różne, podobnie jak ich literatura. A jednak, pomimo innego spojrzenia na wiele spraw zaprzyjaźniły się. Gaskell intrygowała nietypowa osobowość koleżanki po fachu, fascynowała ją do tego stopnia, że po śmierci Charlotte w wieku trzydziestu ośmiu lat, postanowiła napisać jej pierwszą właściwą biografię.


Życie Charlotte Brontë zdecydowanie nie jest lekturą na jeden wieczór, którą czyta się błyskawicznie. Jej objętość wynosi ponad sześćset stron, z czego sporą część stanowią listy Charlotte do rodziny i przyjaciół. Około pięćdziesięciu stron zajmuje sama przedmowa Eryka Ostrowskiego, autora znanej książki Charlotte Brontë i jej siostry śpiące, który pozwala nam lepiej zrozumieć związek pomiędzy dwiema pisarkami oraz okoliczności towarzyszące powstawaniu owej biografii.

Każda strona tej książki utwierdzała mnie w przekonaniu, że rodzeństwo Brontë było niezwykłe i to już od swych najmłodszych lat. Żyjące na przysłowiowym odludziu wśród wrzosowisk dzieci, miały do dyspozycji jedynie własne towarzystwo oraz ojca (matka zmarła wcześnie, podobnie dwie najstarsze siostry - Maria i Elizabeth). Kilkuletnie pociechy pastora z Haworth potrafiły bowiem prowadzić dyskusje na poziomie dorosłych, miały bogatą wiedzę z dziedzin historii i bieżącej polityki. Uwielbiały układać własne historie, których głównymi bohaterami były postacie z poważnych książek i gazet (dla przykładu Charlotte wymyśliła szereg opowiadań o Wellingtonie). Ogółem rzecz biorąc dzieci były aż zanadto dojrzałe i spokojne jak na swój wiek, a Charlotte jako najstarsza z sióstr postanowiła przejąć na siebie cześć obowiązków zmarłej matki, choć różnica wieku pomiędzy nią a resztą rodzeństwa była niewielka.

Podczas czytania tej biografii cały czas rzucało mi się w oczy faktyczne podobieństwo Charlotte do Jane Eyre. Poczucie obowiązku wobec Boga i drugiego człowieka, jakie posiadała ta kobieta jest wprost zadziwiające. Cóż za hart ducha i siła woli kryły się w tej filigranowej i niepozornej istotce.

Właściwą ścieżką jest ta, która wymaga największego wyrzeczenia się własnych korzyści - która oznacza dbanie o najwyższe dobro innych; a ścieżka ta, jeżeli podążać nią miarowym krokiem, doprowadzi z czasem, tak mi się wydaje, do pomyślności oraz szczęścia; chociaż z początku się może wydawać, że zmierza ona w całkowicie przeciwnym kierunku. (s. 335)

Bardzo zaciekawił mnie fakt, że wiele wątków zawartych we wszystkich książkach sióstr Brontë, nie tylko w Jane Eyre, jest zaczerpniętych z ich własnego życia. Dla przykładu, postać Shirley Keeldar była inspirowana osobowością Emily, nawet pies - Keeper znalazł swoje miejsce na kartach powieści jako Tatar. Wszystko to postrzegane przez czytelników 'Shirley' jako sprytnie obmyślane fikcyjne zajścia, spisywała Charlotte ze łzami w oczach; był to prawdziwy, dosłowny zapis postępowania Emily (odnośnie sceny z ugryzieniem).


 Cóż jeszcze mogę powiedzieć. Ta biografia jest jak jak długi spacer pośród wrzosowisk wiktoriańskiej Anglii. Jest także kolejną znakomitą książką w dorobku Elizabeth Gaskell i zarazem portretem kobiety o pięknym wnętrzu, ponadprzeciętnym umyśle i wielkiej sile charakteru. Szczerze polecam!

Za lekturę dziękuje wydawnictwu MG.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Powrót do korzeni - Rozważna i romantyczna (1995)

Rozważna i Romantyczna z 1995 roku to pierwszy film związany z twórczością Jane Austen, jaki w życiu oglądałam i nie ukrywam, że mam do niego spory sentyment.
W ubiegły weekend postanowiłam odświeżyć sobie historię sióstr Dashwood, tym razem z  ciekawości włączyłam miniserial BBC. Potem dla przypomnienia obejrzałam ten "stary" film, by zestawić ze sobą obie ekranizacje, no i niestety... mój plan napisania notki porównawczej legł w gruzach, bo jednak nie potrafię być w tym przypadku obiektywna i przy wychwalaniu starszej wersji zaczęłabym się trochę pastwić się nad nowszą. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło i dziś przypomnimy sobie Rozważną i romantyczną, którą uważam za najlepszą ekranizację powieści Jane Austen.


Długo mogłabym wyliczać plusy tego filmu. Zaczynając od kostiumów (które wprawdzie swym bogactwem nie zachwycają, ale idealnie oddają charakter poszczególnych postaci i ich status materialny), całej XIX-wiecznej otoczki oraz pięknej muzyki, na świetnym aktorstwie kończąc. Emma Thompson i Kate Winslet stworzyły zgrany siostrzany duet, który zapada w pamięć na długi czas. Wielu osobom nie podoba się obsadzenie w roli dziewiętnastoletniej Eleonory i siedemnastoletniej Marianny, no cóż, nie ukrywajmy - nieco dojrzalszych pań (co widać szczególnie w przypadku Emmy Thompson, która w chwili kręcenia filmu była po trzydziestce). Zważając jednak na to, że XIX-wieczna nastolatka wyglądała bardzo często jak dorosła kobieta, jestem w stanie zaakceptować ten zabieg, a nawet uznać go za udany.

Pamiętam, że dawno temu, jeszcze w czasach kiedy o Jane Austen wiedziałam tyle co nic, włączyłam TV gdy leciała Rozważna i romantyczna i akurat trafiłam na scenę z Willoughbym. Pomyślałam - co za przystojniak! :D
I oczywiście zaczęłam oglądać... Teraz po latach również jestem w stanie docenić urodę aktora wcielającego się w wytrawnego podrywacza, jednak nic poza tym. Willoughby działa mi na nerwy chyba jeszcze bardziej niż Wickham z Dumy i uprzedzenia. Ale zagrany jest świetnie, to trzeba przyznać.

Podobno przy pisaniu scenariusza, w roli Edwarda nie widziano nikogo innego jak Hugh Granta. No cóż, chyba nikt inny tak dobrze nie gra uroczego fajtłapy jak on. Chociaż kiedy pomyślę o wersji z 2008 roku, Edward Ferrars w wydaniu Dana Stevensa podobał mi się bardziej, może dlatego, że nie był aż takim ciamajdą. Niemniej jednak Hugh Grant dodaje tej ekranizacji lekkości i angielskiego humoru.

Zdecydowanie moim ulubionym bohaterem Rozważnej i romantycznej jest pułkownik Brandon. Alan Rickman wspaniale oddał cierpliwość oraz opanowanie charakteryzujące tę postać. Brandon długo musiał czekać, aż młodsza z sióstr Dashwood odróżni tanią błyskotkę od prawdziwego diamentu. Podczas końcowej sceny zawsze mam łzy w oczach i cieszę się, że pułkownik w końcu jest szczęśliwy, a z drugiej strony myślę, że Marianna wcale na niego nie zasługuje (tak, tak - to się nazywa ukryta zazdrość :D).

Rozważna i romantyczna to solidny kawałek kina kostiumowego na najwyższym poziomie, który został nagrodzony Oscarem za najlepszy scenariusz. Co ciekawe, jego autorką jest Emma Thompson, wcielająca się w rolę Eleonory. Możecie mi wierzyć lub nie, ale ten film naprawdę wyróżnia się na tle innych kostiumowych produkcji, w każdej minucie widać pełne zaangażowanie wszystkich aktorów, którzy postarali się by ich bohaterowie byli wiarygodni. Ze swojej strony ogromnie polecam właśnie tę adaptację Rozważnej i Romantycznej, sama wrócę do niej na pewno jeszcze wiele razy.

piątek, 11 lipca 2014

Księga stylu Coco Chanel - moja recenzja

Chanel, czyli symbol ponadczasowej elegancji, prostoty i luksusu zarazem. Po dziś dzień nosimy małą czarną, proste żakiety bez kołnierzyka, dżersejowe sukienki, torebki na łańcuszku i z uwielbieniem spryskujemy się Chanel No. 5. Za tym wszystkim stoi kobieta, o której zdaje się powiedziano już wszystko. Coco Chanel od zawsze budziła kontrowersje i nie mam tu na myśli jedynie rewolucji jaką przeprowadziła w świecie mody.

Tym razem z legendą Chanel postanowiła zmierzyć się amerykańska autorka Karen Karbo, ale trzeba przyznać - podeszła do tego w dość nietypowy sposób. Inspirując się postacią kultowej projektantki napisała interesujący poradnik z elementami biografii oraz przemyśleniami dotyczącymi modowego imperium i życia Coco Chanel.
 

Czy ta książka może być ciekawa dla kogoś, kto w ogóle nie interesuje się modą? To była moja pierwsza myśl, kiedy przeczytałam kilka pierwszych stron Księgi stylu. No bo w gruncie rzeczy ja sama o świecie mody wiem niewiele. Nie śledzę najnowszych kolekcji, ubieram się głównie w sieciówkach i ciuchlandach.  :P I jakoś nigdy mnie nie ciągnęło do tego, by zagłębiać się w tajniki modowych imperiów. Karen Karbo jednak pisze bez owijania w bawełnę, ogółem ten poradnik jest jak list do koleżanki, więc czyta się go z przyjemnością. I nie jest to ciągłe gadanie o dżersejowych sukienkach czy małej czarnej. Obok haute couture autorka porusza tematy typowo życiowe (przykładowe rozdziały: o autokreacji, o życiu chwilą, o traktowaniu dozgonnych rywali) wplatając w nie losy samej Coco Chanel. Wracając do zagadnień ściśle zwianych z modą, dowiedziałam się np. na czym polega różnica między Chanel-Chanel a Lagerfeld-Chanel. Zdziwił mnie również fakt, że ubrania projektowane przez Chanel nie miały swoich papierowych pierwowzorów. Więc mamy fajną mieszankę - trochę teorii, trochę praktyki, dużo humoru i życiowych prawd okraszonych cytatami jednej z największych kreatorek mody.

Co do samej Coco, nigdy nie była ona dla mnie do końca pozytywną postacią. Choć zajmuje zaszczytne miejsce w historii mody, osobiście miała bardzo trudny charakter. Zawsze chodziła własnymi drogami i nie liczyła się prawie z nikim. Tak, według mnie Chanel miała w sobie coś z zołzy. Choć jakby nie patrzeć od wczesnych lat dzieciństwa musiała radzić sobie sama i walczyć o swoje. Została wychowana w sierocińcu, więc jeśli jest ktoś taki, kto żyje w przekonaniu, że Chanel była panienką z dobrego domu to grubo się myli. Być może dlatego odniosła tak ogromny sukces, bo posiadała odwagę i upór. Nie mała nic do stracenia więc działała, stawiała wszystko na jedną kartę. Podobnie w miłości - miała bujne życie towarzyskie, raz w życiu prawdziwie się zakochała, jednak finalnie był to związek o tragicznym końcu. Mężczyźni zawsze byli obecni w życiu Chanel. Intrygowała ich, była nietypowa oraz zadziorna i w tym tkwił jej największy urok.

O Chanel świat jeszcze przez długi czas nie zapomni (jeśli kiedykolwiek to nastąpi). Więc myślę, że warto zapoznać się z Księgą stylu. Jest to książka, którą spokojnie można przeczytać w dwa - trzy wieczory. Ze swojej strony polecam Wam ten poradnik, można się przy nim zrelaksować a przy okazji czegoś nowego dowiedzieć.

http://www.wydawnictwoliterackie.pl/

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Biografie i wspomnienia, czyli moje książki na lato

Gdy mogę przeczytać książkę dla własnej przyjemności, przeważnie mój wybór pada na jakąś powieść. Obojętnie czy to Bronte, czy Murakami. Jednak ostatnio coś mnie tknęło i przytaszczyłam z biblioteki kilka książek, które odkładałam na przysłowiową półkę 'kiedyś przeczytam, tylko nie wiem kiedy".


Tak więc zaczęłam czytać biografię Audrey Hepburn Oczarowanie (w sumie jestem już w połowie) i Pierwsze Damy II Rzeczpospolitej. Wczoraj skończyłam Życie codzienne arystokracji - bardzo polecam, choćby ze względu na mnóstwo zdjęć i obrazów. W kolejce czekają W przedwojennej Polsce i Jak zostać królem (uwielbiam film, więc wersja papierowa też nie może być zła). I jeszcze w ramach bonusu dwie książki. Szwedzki dom panujący kupiłam sobie w ramach prezentu urodzinowego, a Elity II Rzeczpospolitej dostała moja siostra jako nagrodę za ukończenie gimnazjum z wyróżnieniem. I oczywiście mi ją oddała. :)


Skoro już jesteśmy w temacie biografii i wspomnień, to może polecicie coś jeszcze?

niedziela, 1 czerwca 2014

"Shirley" Charlotte Brontë

Kolejne spotkanie z siostrami Brontë za mną. Po niezapomnianej Jane Eyre, pasjonujących Wichrowych Wzgórzach i poruszającej Agnes Grey przyszedł czas na Shirley. Książka ta intrygowała mnie już od dawna, lecz to dopiero teraz nadszedł moment, w którym mogłam zapoznać się z losami jej bohaterów.

Jeśli spodziewacie się, że główną bohaterką powieści jest tytułowa Shirley (tak, ja też tak myślałam), to Was zaskoczę i powiem, że większość akcji skupia się na pewnej skromnej i nieśmiałej dziewczynie o imieniu Caroline. Opuszczona jako dziecko przez rodziców została oddana pod opiekę wuja, dumnego i bojowo nastawionego do życia pastora, pana Helstone. W towarzystwie surowego wuja dziewczyna czuje się samotna i choć marzy o rozpoczęciu życia na własną odpowiedzialność, nie może się wyrwać spod jego protekcji będąc od niego w pełni zależną. Szarą monotonię życia Caroline rozjaśniają wizyty w Dolinie Hollow, gdzie zamieszkuje Robert Moore wraz ze swą siostrą Hortensją. Robert prowadzi własną fabrykę, w której utrzymanie inwestuje cały swój czas i pieniądze, których niestety zbyt wiele nie posiada. Panna Helstone skrycie darzy uczuciem fabrykanta, ona też nie jest mu obojętna, lecz w niepewnej sytuacji życiowej Roberta nie ma miejsca na miłość i sentymenty, z czym Caroline musi się pogodzić. Moore zamierza poprosić o rękę jej najlepszą przyjaciółkę, bogatą dziedziczkę wielkiego majątku - dumną Shirley Keeldar. Shirley jednak kocha innego mężczyznę (nie zdradzę kogo, żeby nie popsuć Wam zabawy).


Charlotte Brontë jak na siebie samą przystało napisała dzieło, które urzeka swym refleksyjnym nastrojem i szczegółowymi opisami poszczególnych bohaterów, miejsc czy przedmiotów. Jako, że ogromnie podoba mi się styl sióstr Brontë od razu dałam się oczarować subtelnej, lecz niepozbawionej charakteru narracji. Charlotte sprawiła, że od pierwszych stron możemy poczuć jakbyśmy przenieśli się w czasie na wrzosowiska XIX-wiecznej Anglii.

Nie wiem, kogo spośród wszystkich bohaterów polubiłam najbardziej. Po jednej stronie mamy nieśmiałą Caroline, dziewczynę o gołębim sercu i melancholijnym usposobieniu, a po drugiej charyzmatyczną i pełną energii (choć niepozbawioną wrażliwości) Shirley Keeldar. W każdej z tych młodych kobiet odnalazłam cząstkę siebie. Caroline bardziej współczułam, a Shirley bardziej podziwiałam. Jeśli chodzi o Roberta Moore'a, chyba nie do końca dane było nam go poznać. Co prawda obserwujemy go od początku do końca powieści, podczytujemy jak Caroline Helstone serce fika przysłowiowe koziołki na jego widok, śledzimy go podczas pracy i spotkań towarzyskich. Ale zabrakło mi właśnie jego bardziej osobistych przemyśleń, szczególnie pod koniec książki, kiedy powrócił do doliny Hollow. Niemniej jednak pan Moore to bez wątpienia dżentelmen i od razu zyskał moją sympatię. Może to dlatego, że nasz fabrykant przypomina nieco Thorntona z Północ i Południe E.Gaskell, czułam niedosyt i chciałabym dowiedzieć się o nim jak najwięcej, pozbawiając go wszystkich sekretów i tajemnic.

Shirley mogę śmiało polecić każdemu, kto jest miłośnikiem XIX-wiecznej literatury lub szuka wytchnienia przy książce, gdzie życie toczy się w swoim powolnym rytmie, gdzie ludzie mają czas aby być ze sobą, a także z samym sobą, by w chwilach samotności oddać się refleksjom nad własnym życiem i tym co ich otacza.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu MG.

http://www.wydawnictwomg.pl/

niedziela, 25 maja 2014

Północ i południe

Są takie książki, których się nie zapomina, za to zapominasz o całym świecie, kiedy je czytasz. Jedną z takich książek jest dla mnie Północ i Południe, powieść autorstwa Elizabeth Gaskell opublikowana w 1854 roku. Moje pierwsze spotkanie  z bohaterami wykreowanymi przez panią Gaskell odbyło się kilka lat temu, kiedy postanowiłam obejrzeć (kultowy już, jak mniemam wśród miłośników filmów kostiumowych) serial z Richardem Armitage i Danielą Denby-Ashe w rolach głównych. Od tamtej chwili minęło już tak wiele czasu, a ja wciąż jestem zakochana w panu Thorntonie, podziwiam Margaret i jeśli tylko nadarzy się odpowiednia okazja pakuję swoje niewidzialne walizki i ruszam do uroczego Helstone, a potem do Milton, by od nowa towarzyszyć swym ulubionym bohaterom w chwilach doli i niedoli. Mimowolnie nasuwa mi się na myśl powiedzenie - apetyt rośnie w miarę jedzenia, tak więc po kolejnym seansie filmowym spod znaku Północ i Południe postanowiłam zmierzyć się z pierwowzorem. Być może nie wszyscy znacie fabułę, więc zanim zacznę zachwycać się nad panem Thorntonem i całą resztą, pozwólcie, że streszczę pokrótce o co w tym wszystkim chodzi.


Główną bohaterką książki jest dziewiętnastoletnia Margaret Hale, dziewczyna pochodząca z malowniczego Helston na południu Anglii. Osóbka to dumna, urodziwa i charakterna, jednak przyzwyczajona do sielankowego życia na wsi. Pewnego dnia zostaje zmuszona do opuszczenia wraz z rodziną ukochanego domu. Dlaczego? Otóż ojciec Margaret pełniący dotychczas funkcję pastora, z powodu wielu wątpliwości dotyczących swej wiary postanowił odejść z kościoła anglikańskiego. Aby znaleźć się jak najdalej od Helston, cała rodzina Hale'ów wyjeżdża do przemysłowego miasta na północy kraju, czyli Milton, w którym to rozgrywa się akcja powieści. Kontrast pomiędzy północą a południem jest ogromny, ponure i zadymione Milton w niczym nie przypomina rodzinnych stron dziewczyny. Margaret ciężko jest odnaleźć się w świecie fabrykantów i robotników, gdzie panuje kult pracy, pośpiech i przerażająca bieda na ulicach. Wraz z upływem czasu nasza główna bohaterka poznaje mieszkańców Milton, jednym z nich jest surowy właściciel fabryki bawełny - John Thornton.

John i Margaret to dwa różne światy. Ona została wychowana na damę, która nigdy nie musiała troszczyć się o to by zapewnić swej rodzinie byt. Prowadziła spokoje życie w domowym zaciszu, zajmując się tym co przystoi młodej kobiecie z dobrego domu. On w życiu zawsze miał pod górkę. Po stracie ojca w wieku 16 lat sam musiał zadbać o matkę i siostrę, wszystko co osiągnął zawdzięcza jedynie własnej ciężkiej pracy oraz poświęceniu. Margaret traktuje Thorntona z wyższością, patrzy na niego jak na nieokrzesanego tyrana obojętnego na losy swych pracowników. Sama angażuje się w życie społeczne Milton, ma serce pełne współczucia dla ubogich, wkrótce nawiązuje przyjaźń z Bessie Higgins, córką robotnika. Co się tyczy Thorntona, pod maską szorstkiego fabrykanta skrywa on romantyczną naturę. Jego serce na widok panny Hale zaczyna szybciej bić, Margaret jest dla niego niczym egzotyczny ptak.


Dziwi mnie trochę porównywanie przez jednego z wydawców Północy i Południa do książek Jane Austen. W powieści Elizabeth Gaskell dominuje poważny i przygnębiający nastrój, którego u Austen raczej nie znajdziecie. Niektórzy doszukują się podobieństwa Johna i Margaret do bohaterów Dumy i uprzedzenia, ja zaś jestem zdania, że każda z postaci wykreowanych przez Gaskell czy też Austen to konkretna i niepowtarzalna indywidualność. Jak można porównywać arystokratycznego Darcy'ego z tytułami i rodową posiadłością z Thorntonem, człowiekiem czynu? Jeśli już na upartego miałabym zestawić ze sobą tych dwóch dżentelmenów, na dzień dzisiejszy bardziej imponuje mi John Thornton. Ze swoją siłą charakteru oraz pracowitością mógłby stanowić wzór dla wielu mężczyzn. Darcy oczywiście na zawsze pozostanie moją pierwszą ukochaną męską postacią, ale z całą sympatią i ogromem sentymentu do niego, Thornton wygrywa pod względem osobowości.

Północ i Południe jest bardzo realistycznym obrazem angielskiego społeczeństwa w dobie rewolucji przemysłowej. Śmierć, nierzadko okrutna jest na porządku dziennym, cierpienie dotyka w mniejszym lub większym stopniu każdego z bohaterów. Ból po utracie bliskich, gorycz demonów przeszłości lub tęsknota za tym co nie wróci, strach o przyszłość i czarna rozpacz - to wszystko wręcz wylewa się z kart powieści tworząc coś ogromnie przejmującego. Ze zbolałym sercem czytałam fragmenty o biednej, młodziutkiej jeszcze Bessie, której całe życie było wypełnione morderczą pracą. Żal mi było nieudacznika Bouchera i jego głodującej podczas strajku rodziny. Z drugiej strony rozumiałam Thorntona, który musiał pozostać nieugięty. I to jest dowodem na to, że Elizabeth Gaskell napisała powieść wybitną, gdzie nie możemy opowiadać się tylko po jednej stronie. Nie ma podziału na dobrych i złych. A na całą historię spoglądamy oczami Margaret, która usiłuje pogodzić ze sobą "dwa wrogie obozy" pracowników i pracodawców.


Wątek romansu Johna i Margaret został bardzo zgrabnie wpleciony w losy bohaterów, delikatnie wysuwając się na pierwszy plan. Nie jest może tak romantycznie jak w serialu, ale i tak subtelnie nakreślone przez naszą wiktoriańską autorkę sceny sam na sam (dla przykładu Margaret ratująca Thorntona przed wściekłym tłumem) wzbudzały we mnie więcej emocji niż wszystkie współczesne romansidła razem wzięte.

Komu polecam tę powieść? Absolutnie wszystkim osobom poszukującym mądrej i wartościowej lektury. W głębokim przeżywaniu tej książki nie przeszkodził mi nawet fakt, że wiedziałam co zaraz się stanie, bo oglądałam serial. Wręcz przeciwnie. Przecież Elizabeth Gaskell poznałam właśnie dzięki tej cudownej produkcji BBC, wspaniałym aktorom, którzy zrobili coś więcej niż zagrali w filmie - poruszyli tysiące serc, w tym moje. Jestem pewna, że wrócę do Milton jeszcze nie raz. Jeśli tylko chcecie, też możecie wyruszyć w tę niezwykłą podróż. 

Fryzura inspirowana uczesaniem filmowej Margaret (tradycyjnie autorstwa mojej niezastąpionej mamy)

PS: Przepraszam za brak Waszych komentarzy pod postem (za które ogromnie dziękuję). Niestety wpis przypadkowo mi się usunął i musiałam opublikować go drugi raz.

czwartek, 10 kwietnia 2014

Muzyczna podróż w czasie - wywiad z Utisem

Mocne brzmienie, wizerunek sceniczny wyraźnie inspirowany  belle epoque, oraz pewnego rodzaju magia, która nie pozwala przejść obok nich obojętnie. Mowa oczywiście o polskim (!) zespole Victorians. Jeśli jeszcze o nim nie słyszeliście, zapraszam Was na wywiad, który udało mi się przeprowadzić z Utisem - niezwykle sympatycznym gitarzystą tej grupy. Będzie o muzyce, o życiu artysty i czasach wiktoriańskich. :)

Utis - bohater dzisiejszego spotkania (fot. Katarzyna Niwińska)
 Utis, jestem strasznie ciekawa skąd wzięło się u Ciebie i pozostałych członków zespołu zainteresowanie XIX wiekiem? Czyżbyście czytywali wiktoriańskie powieści? A może po prostu podoba Wam się dawna moda?
Witaj Kochana, myślę, że w wielkim skrócie chodzi o nienasycenie. To, co współczesne, w jakimś wymiarze nas nie zaspokaja. My szukamy innego rodzaju doświadczenia… czegoś, co wydaje nam się autentyczne, prawdziwsze. Szukamy esencji. Odnajdujemy to właśnie w XIX stuleciu, gdzie człowiek i świat byli ze sobą bliżej, doświadczało się intensywniej, rodziły się różne szalone koncepcje technologiczne, ale również artystyczne (tak, literatura i moda, w kontekście narodzin fantastyki, dają prawdziwe pole do popisu). Współcześnie o tym zapominamy, jakby siła tych przekazów się wyczerpała, a tak wcale nie jest!

Jesteście jednym z najbardziej oryginalnych polskich zespołów, możesz mi zdradzić skąd czerpiecie inspiracje muzyczne?
Myślę, że każdy z nas odpowiedziałby inaczej na to pytanie, ale że to ja mam głos… Nasza pierwsza płytka Revival, to był swoisty hołd dla tradycji metalu symfonicznego. Tu można wymienić kilka na prawdę świetnych zespołów, ale niekwestionowanymi mistrzami będą zawsze Nightwish i Within Temptation. Poza tym działająca od 2006 roku grupa kompozytorów skupiona wokół projektu Two Steps From Hell, która pokazała jak używać orkiestry w XXI wieku. Na dobrą sprawę, inspirujące jest dla nas wszystko, co wywołuje ciary na plecach. Wiesz, kiedy wykonujesz taką muzykę, musisz czuć się niepokonana, to musi być czysta, autentyczna energia! Teraz pracujemy nad kolejną płytą, która będzie już bardziej świadoma, a która powstaje pod wpływem steampunku. Steampunk + metal… zobaczymy, co z tego wyjdzie!  

Który z Waszych koncertów najmilej wspominasz? Jak reaguje publiczność na Wasz wizerunek sceniczny?
W początkowym okresie działalności byliśmy oczarowani japońskimi zespołami z kręgu muzyki visual. To uświadomło nam, że sama tylko muzyka to dla nas za mało, chcieliśmy pełniejszej formy. Bo to nie my mamy dostosowywać się do rzeczywistości, ale ona do nas. Udało nam się załatwić kilka koncertów właśnie z japońskimi zespołami i tu publiczność, również w kostiumach, doskonale czuła klimat. Podobnie było na Castle Party, gdzie kreacje uczestników to niejednokrotnie prawdziwe dzieła sztuki! Cudownie jest przebywać przez kilka dni w takiej rzeczywistości! Myślę, że Castle Party dla mnie był najlepszym koncertem, ale występ w angielskim Witby na Balu Wampirów przy okazji festiwalu Brama Stockera również był niesamowity! Oby więcej takich doświadczeń!

Nie baliście się, że w Polsce ten projekt nie wypali? Gracie muzykę zupełnie odbiegającą od dzisiejszych standardów…
Ludzie w Polsce do wielu rzeczy muszą się sami przekonać, a zadaniem artysty jest się nie poddawać, tylko stwarzać jak najwięcej okazji, aby dać się zobaczyć. Trzeba włożyć sporo pracy w to, żeby zostać docenionym. Prawdę mówiąc, na początku nie patrzyliśmy na Polskę jako na naszą szansę na zaistnienie. Na szczęście bardzo się myliliśmy i odzew ludzi z Polski przerósł nasze oczekiwania. Mam nadzieję, że z roku na rok będzie coraz lepiej!

Victorians w całej okazałości (fot. Katarzyna Niwińska)
Jak wyglądają Wasze przygotowania do występów? Sama charakteryzacja zajmuje pewnie sporo czasu?
Na początku było ciężko! Przygotowania do kocertu to niestety nie tylko makijaż i stroje, mimo wszystko muzyka jest najważniejsza, więc jak nie masz pewności, że zabrzmisz na odpowiednim poziomie, to cała reszta nie ma sensu. Na szczęście, poza kilkoma drobiazgami, każdy z nas potrafi zadbać o swój wizerunek, część rzeczy udaje się zrobić jeszcze przed przyjazdem do klubu, więc uważam, że jest nieźle. Z koncertu na koncert zabieramy mniej rzeczy, więc wszystko idzie w dobrą stronę. Pamiętam jak pierwszy raz graliśmy koncert z japońskim zespołem Blood i popatrzyliśmy na ich przygotowania. Panowie na makijaż mieli przewidziane 3 godziny! Nam idzie to zdecydowanie szybciej :) 

Z którym zespołem (jak mniemam zagranicznym) chciałbyś wystąpić na jednej scenie?
No jakbym napisał, że z tymi, które wywarły na mnie największy wpływ, to byłoby zbyt tendencyjne? Zatem, ja chętnie wystąpiłbym z Amaranthe, ze względy na czystą energię, jaką epatują ze sceny!  Natomiast są przynajmniej dwa polskie zespoły, z którymi jesteśmy zaprzyjaźnieni i na pewno będziemy chcieli zagrać razem niejeden koncert. Myślę tutaj o Kingdom Waves i Sonus Vena.   

Teraz pytanie z innej beczki - gdybyś mógł stać się swoim ulubionym bohaterem literackim (bądź filmowym), kto by to był i dlaczego właśnie ta postać?
Uuu, niebezpieczne pytanie… Prywatnie jestem wielkim fanem twórczości Harukiego Murakami, ale w pierwszej chwili pomyślałem o Algernonie Swinburnie, który razem z Burtonem stał się bohaterem wcale ciekawej trylogii Marka Hoddera. To są postacie historyczne, tyle że ukazane przez Hoddera w czysto steampunkowej rzeczywistości. No a Swinburn? Poeta, masochista, hedonista, amator brandy i oddany przyjaciel… tyle, że rudy :)

A tak przy okazji... słyszałeś kiedykolwiek o blogerkach kostiumowych? Coraz więcej osób zaczyna pasjonować się dawną modą (organizowane są nawet spotkania i zloty). Kto wie, może wśród kostiumomaniaczek skrywają się Wasze fanki…
Niestety nie słyszałem, ale zaraz poszperam w Internecie. Widzisz, ludzie chyba zaczynają bardziej świadomie podchodzić do swojego życie i mainstream ich powoli rozczarowuje/nudzi. W zeszłym roku zostaliśmy zaproszeni na wiktoriański piknik, który zorganizowała Maria Molenda z Fundacji Nomina Rosae - przeurocza pani kostiumolog. Tam mogliśmy zobaczyć jak wielu, nie tylko młodych ludzi posiada genialne stroje i świetnie czuje się w rzeczywistości końca XIX wieku. Niesamowite! Moda to chyba najbardziej wizualny sposób komunikacji ze światem czy z drugim człowiekiem, więc oby przybywało ludzi, którzy traktują to bardziej świadomie niż tych, którym wystarcza powielanie gotowych wzorów.
___________________________________________________________________________________
Utisowi serdecznie dziękuję za rozmowę, a Was zachęcam do odwiedzenia strony internetowej zespołu (zajrzyjcie do zakładki biografia - jest napisana w bardzo ciekawy sposób :)) oraz do zapoznania się z dorobkiem muzycznym Victorians. Poniżej próbka - piękna piosenka Before the World's End, która mi osobiście szczególnie przypadła do gustu.

środa, 2 kwietnia 2014

Romans na XIX-wiecznych salonach - "Zakazane uczucie"

Od czasu do czasu lubię przeczytać jakiś romans historyczny. To taka moja mała forma resetu mózgu. Nie samą wielką literaturą człowiek żyje, a jeśli przy okazji jeszcze może przenieść się do świata  wspaniałych przyjęć, pięknych sukien i dżentelmenów to dlaczego nie. Warunek jest jeden -  romans historyczny musi mieć przysłowiowe ręce i nogi. Nie wymagam jakiejś skomplikowanej fabuły (chociaż takie są najlepsze) i posługiwania się całkowicie XIX-wiecznym językiem, ale lubię kiedy autorki tego typu powieści dbają o zachowanie zgodności treści książki z faktycznymi realiami epoki i nie robią z czytelniczki idiotki. Naprawdę, widać to gołym okiem, która z pisarek romansów historycznych pisze bo "czuje" epokę  i ma do tego dryg (np. Gaelen Foley lub Judith McNaught - moje dwie ulubione autorki), czy pisze, że tak powiem - hurtowo, nastawiając się na ilość (tzn zysk) niż na jakość.

Ostatnio miałam okazję zapoznać się całkiem niezłą powieścią wyżej opisanego gatunku pt. Zakazane Uczucie. Co o książce pisze wydawca?

Jordan Willis, hrabia Blackmore, grał z uczuciami wielu kobiet z towarzystwa, jednak to pocałunek ukradziony niewinnej córce pastora całkowicie wytrącił go z równowagi. Kilka chwil spędzonych z rozsądną i skromną Emily Fairchild sprawia, że Jordan nie jest w stanie o niej zapomnieć i z każdym dniem bardziej jej pragnie. Spotkanie z zalotną debiutantką, lady Emmą Campbell, jeszcze bardziej komplikuje sytuację. Ku zaskoczeniu hrabiego ta uwodzicielska szkocka piękność bardzo przypomina słodką Emily...

Pomysł na fabułę sam w sobie interesujący, język jakim posługuje się autorka też jest całkiem przyzwoity. Bardzo spodobał mi się "trik" ze wstawianiem na początku każdego rozdziału fragmentów sławnych dzieł literatury -  załapał się nawet Keats i jego La belle dame sans merci. Pozytywnie oceniam także zgrabne opisy scen (również erotycznych) i ciekawie poprowadzony wątek z główną intrygą, w którą mimowolnie  zostaje wplątana panna Fairchild. 
Życie w XIX-wiecznym Londynie nie jest usłane różami, okazuje się, że wszystkie wystawne przyjęcia, stroje i wykwintne maniery to tylko przykrywka - arystokracja jest zblazowana i zepsuta. Czy w świecie, gdzie główną wartość ma pozycja społeczna oraz zachowanie pozorów, może narodzić się prawdziwa miłość?
Jeśli mam być szczera, muszę przyznać, że zachowanie głównych bohaterów doprowadzało mnie nieraz do szału (naiwność Emily nie zna granic). Jednak romanse historyczne mają to do siebie, że wciągają i mimo wszystko chciałam wiedzieć co będzie dalej i jak uda się wybrnąć zakochanym z coraz to nowych kłopotów. Co ciekawe, dużym plusem okazały się fajnie skonstruowane postacie poboczne, których losy możemy poznać w innych częściach serii. Książkę ogółem przeczytałam bardzo szybko i płynnie. Jeśli lubicie romanse historyczne bądź potrzebujecie wytchnienia przy nieco mniej ambitnej lekturze, polecam Wam tę powieść. 

Książka w sam raz do poduszki - mój kot potraktował to zbyt dosłownie. :)
Za miłą lekturę dziękuję wydawnictwu Bis.

http://www.wydawnictwobis.com.pl/

środa, 26 marca 2014

Mina Harker opowiada - "Zakochany Dracula" Karen Essex

Chyba nie ma takiej osoby, która nie słyszałaby o Draculi. Nieśmiertelny stwór - wampir oraz główny bohater kultowego dzieła Brama Stokera fascynuje od lat nie tylko miłośników XIX-wiecznej literatury. Przyznam, że ja sama przeczytałam tę powieść dopiero po obejrzeniu filmu Coppoli z Winoną Ryder i Garym Oldmanem w rolach głównych. Wspaniałe kreacje aktorskie, poruszająca muzyka Wojciecha Kilara, niepowtarzalny klimat... coś pięknego. Ale dość o filmie! Niedawno do księgarni weszła książka autorstwa amerykańskiej pisarki Karen Essex pt. Zakochany Dracula. Jest to ta sama historia, którą znamy z pierwowzoru, jednak napisana z punktu widzenia Miny Harker. Gdy tylko usłyszałam o tej powieści, wiedziałam, że mnie zaciekawi. I faktycznie, ani trochę się na niej nie zawiodłam.

Jestem wzrokowcem, skutkiem tego moje zainteresowanie w pierwszej kolejności przyciągnęła ciekawie zaprojektowana okładka powieści. Nie jest typowo "romansidłowa", nie przywodzi też na myśl horroru. Jest po prostu kobieca, ale nie przesłodzona. I to samo można powiedzieć o całej książce. Napisana inteligentnie, ale nie nużąco, w sposób pozbawiony nadmiernej egzaltacji, lecz oddający wszystkie emocje, które targały bohaterką rozdartą pomiędzy dwoma światami i dwoma mężczyznami. Język jakim posługuje się Mina jest może nie do końca wiktoriański, ale nie ma mowy o jego całkowitym uwspółcześnieniu. Typowo XIX-wieczne słownictwo zostało pozostawione jedynie w listach bohaterów, które ubarwiły powieść, zarówno pod względem merytorycznym jak i językowym.

Przyznam, że o wiele ciekawiej czyta mi się powieści napisane w narracji pierwszoosobowej. Wówczas można bardziej utożsamić się z głównym bohaterem i lepiej go zrozumieć. I tak właśnie było w przypadku tej książki. Mina stała się kobietą z krwi i kości, która chce kochać i być kochaną, osobą skłonną do poświęceń, czułą i wrażliwą, lecz tak jak każdy człowiek niepozbawioną wad. Jej relacja z Draculą nie odbiega szczególnie od tego, co ukazane jest w pierwowzorze, autorka dodała jednak jeszcze więcej erotyzmu, zmysłowości,  pozwala nam także zagłębić się w sekrety przeszłości, które połączyły przed wiekami dwie bratnie dusze - hrabiego i jego wybranki. Mina wyrusza z Draculą w podróż do Irlandii, gdzie dowiaduje się kim była i kim jest teraz. Tutaj autorka dopuściła nieco więcej własnej inwencji twórczej, aczkolwiek wszystko to, co ubarwiła bądź dodała od siebie zostało napisane z wyczuciem. Bardzo często bywa, że sequele jedynie drażnią czytelników, którzy przywiązani są do wersji wydarzeń przedstawionych w pierwotnej wersji, czego tutaj na szczęście nie doświadczamy. Karen Essex spisała się znakomicie, bo udało jej się stworzyć powieść, która zaciekawia i trzyma w napięciu, pomimo tego, że przecież wiemy jak się skończy. I jeszcze takie naiwniaki jak ja mają nadzieję, że może historia tym razem potoczy się inaczej...


 Komu polecam? Przede wszystkim kobietom, chociaż mężczyzn też zachęcam, by spojrzeć na historię Draculi i Miny z żeńskiego punktu widzenia. Jak na mój gust Zakochany Dracula to porządnie napisana książka, która gwarantuje nam przeżycie pasjonującej przygody przenosząc nas do najmroczniejszych zakamarków wiktoriańskiej Anglii. Powieść czyta się bardzo płynnie, każda strona niesie ze sobą coś interesującego, więc zapewniam, że na nudę nie można narzekać. Myślę, że najbardziej usatysfakcjonowane lekturą będą osoby, które znają pierwowzór, więc jeśli ta historia jest Wam całkowicie obca, polecam zapoznać się najpierw z książką Brama Stokera, bądź obejrzeć film (np. Dracula z 1992 roku - jest wspaniały!).

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Albatros.

środa, 12 lutego 2014

Co dziś myślę o "Marii Antoninie" Coppoli?

Maria Antonina w reżyserii Sofii Coppoli to film, do którego wracam zdecydowanie najczęściej. Pamiętam jak dziś ten dzień, kiedy obejrzałam go po raz pierwszy, wiedząc o królowej Francji tylko tyle, że jej rozrzutność doprowadziła do krwawej rewolucji. Film poruszył mnie do tego stopnia, że postanowiłam zainteresować się szerzej tematem upadku francuskiej monarchii. Od razu po seansie zaczęłam przetrząsać internet w poszukiwaniu coraz to nowych informacji o samej Marii Antoninie, Ludwiku XVI, jak i Axelu von Fersen, diuszesie de Polignac, czy księżniczce de Lamballe. Potem nadeszła pora na biografie oraz powieści poświęcone królowej, które uformowały w mojej głowie wizerunek Antoinette nieco inny niż w filmie Coppoli. Ale to właśnie on zapoczątkował (tuż obok powieści Jane Austen) moje zamiłowanie do kina kostiumowego i dawnych obyczajów, dlatego też patrzę na niego bardziej z perspektywy sentymentu niż ślepego uwielbienia.

Wiele osób zarzuca Sofii Coppoli nakręcenie lukrowanego, pustego w środku filmu "o niczym". Jeśli jednak dłużej by się zastanowić, to życie w Wersalu było taką właśnie pustą egzystencją. Próżność arystokracji nie znała granic, a teatralność i sztuczność zachowań była na porządku dziennym. Jednak ludzie od zawsze mieli uczucia i obraz Coppoli opowiada o niczym innym, jak o uczuciach Marii Antoniny, która gubi się w otaczającej ją rzeczywistości.


Co nadal uważam za plus?
Melancholijny i słodki nastrój (zwłaszcza sceny w Petit Trianon na łonie natury, istna sielanka).
Muzyka - co prawda nieadekwatna do XVIII-wiecznych realiów, jednak uważam, że to ciekawy zabieg artystyczny. Lubię ten soundtrack i jakby nie patrzeć, bez niego film straciłby połowę swego uroku.
Stroje i scenografia - raj dla oczu. Pod względem wizualnym to arcydzieło. Nie udało mi się nawet policzyć ile sukni przewinęło się przez ten film, a dbałość o każdy szczegół i wystudiowane kadry nie pozwalają oderwać oczu od ekranu.  
Zgrabne przeplatanie wątków - to nie lada wyczyn streścić w dwugodzinnym filmie historię krótkiego co prawda, lecz burzliwego życia królowej Francji.
Kirsten Dunst - Maria Antonina to chyba jej życiowa rola. Nigdy nie przepadałam za Kirsten, ale w roli MA pomimo wielu niepochlebnych opinii nadal bardzo mi się podoba.
♥ Obsadzenie Jamiego Dornana w roli Fersena to strzał w dziesiątkę. Aktor z niego nijaki, ale za to jak wygląda... i jest podobny do oryginału!

Co mi przeszkadza? 
♥ Sprowadzenie relacji pomiędzy Marią Antonina a Axelem von Fersen jedynie do sfery cielesnej. To zdecydowanie najbardziej razi mnie w tym filmie. Miłość tych dwojga była wręcz platoniczna, do dziś w stu procentach nie ma potwierdzenia czy ich związek przybrał również fizyczną formę. Coppola niestety trochę się zagalopowała ukazując zbyt wiele namiętności, a zbyt mało romantyzmu i wzajemnego oddania, czyli tego co było podstawą stosunków między nimi.
♥ Schematyczne przedstawienie Madame Du Barry. Owszem, nie miała nic wspólnego z królewskimi manierami, jedynie z łożem. Jednakże skoro udało jej się tam dostać, musiała sobą cokolwiek reprezentować. W rzeczywistości Madame Du Barry była piękną jasnowłosą kobietą o eterycznej urodzie, a tu reżyserka znów poszła na łatwiznę ukazując królewską faworytę jako całkowite przeciwieństwo Marii Antoniny kreując ją na wulgarną prostaczkę.
♥ Film o francuskiej królowej jest po angielsku... trochę drażniące.

A Wy jakie macie odczucia wobec tego filmu?

poniedziałek, 10 lutego 2014

Francuski romantyzm, czyli kilka słów o "Wieczorem w Paryżu"

Paryż... miasto pełne romantyzmu, ulubione miejsce zakochanych par jak i samotnych serc poszukujących miłości. W stolicy Francji rozgrywa się akcja książki Wieczorem w Paryżu autorstwa Nicolasa Barreau, która niedawno trafiła do polskich księgarni. Pan Barreau jest niewątpliwie romantyczną duszą, choć jak sam mówi do "nieżyciowych moli książkowych nie należy". Dzięki swym powieściom zasłynął także poza granicami rodzimego kraju. Wieczorem w Paryżu to moje pierwsze spotkanie z jego twórczością i muszę przyznać, że owe spotkanie było nadzwyczaj udane.


Notka od wydawcy
Alain Bonnard, właściciel małego kina studyjnego w Paryżu, jest romantykiem i lubi ludzi przychodzących do jego kina. W szczególności pewną kobietę w czerwonym płaszczu, która zjawia się co środa i zawsze siada w siedemnastym rzędzie. Pewnego razu Alain zbiera się na odwagę i zaprasza piękną nieznajomą na kolację. Jest przekonany, że zanosi się na najcudowniejszą ze wszystkich historii miłosnych, kiedy wydarza się coś, co przewraca mu życie do góry nogami: w jego kinie mają być kręcone zdjęcia do najnowszego filmy Allana Wooda "Czułe wspomnienia o Paryżu". Soléne Avril, ulubiona aktorka słynnego amerykańskiego reżysera, zna bowiem kino Bonnarda z dzieciństwa i uparła się, aby kręcić właśnie tam. Nagle kino studyjne i jego właściciel znajdują się w centrum zainteresowania. Alaina niepokoi jednak, że kobieta w czerwonym płaszczu nagle jakby zapadła się pod ziemię. Młody mężczyzna rozpoczyna poszukiwania...

Ogólne wrażenia
Książka jest naprawdę... urocza. To chyba najlepsze określenie. Nieśpieszny klimat, przesympatyczni bohaterowie, (bardzo francuscy i subtelni zarazem), nawiązania do kina i sztuki ogółem oraz Paryż w tle - to wszystko daje nam smaczną powieść, którą możemy się delektować strona po stronie. Nie oczekujcie szybkich zwrotów akcji i szaleńczego tempa. Akcja toczy się powoli, lecz główny bohater Alain, który jest jednocześnie narratorem, tak potrafi zauroczyć nas swym sposobem bycia i przemyśleniami, że nawet nie zorientujemy się kiedy nadejdzie koniec książki.

Cała historia ujmuje swoim ciepłem oraz lekkością. Pomimo nieskomplikowanej fabuły  potrafi wciągnąć i sprawić, że zaprzyjaźnimy się z bohaterami. Nie chcę zdradzić Wam zbyt wiele, żeby nie popsuć przyjemności płynącej z czytania i odkrywania tajemnic powieści. Powiem tylko tyle, że oblicze miłości jakie opisał Nicolas Barreau poruszyło mnie swą prostotą i delikatnością. Nie każdy mężczyzna jest w stanie mówić o uczuciach w taki sposób, co jeszcze bardziej w mych oczach czyni tę książkę wyjątkową.

Komu spodoba się ta książka?
O tym, że polecam ją wszystkim romantyczkom chyba pisać nie muszę. Z pewnością powieść ta przypadnie do gustu wszystkim osobom, które szukają wytchnienia z niezobowiązującą lekturą w ręce, jednakże z lekturą na poziomie. Wieczorem w Paryżu broni się inteligentnym humorem w stylu Woody'ego Allena oraz magią, którą możemy poczuć w kultowej Amelii, czy też subtelnym i niewymuszonym wdziękiem typowym dla francuskiej kultury.


Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Bukowy Las.
http://bukowylas.pl/

sobota, 8 lutego 2014

Nowy wygląd bloga

Jak zapewne zauważyliście, co kilka miesięcy nieustannie zmieniam wygląd bloga. Ciągle coś dodaję, poprawiam... Chciałabym, aby to miejsce miało swój klimat i zarazem dobrze się prezentowało. Od początku swego istnienia blog nie posiadał loga, z którego w pełni byłabym zadowolona. Moim znakiem rozpoznawczym był głównie Benek. :) Od dziś jednak mamy swoją "patronkę". Jest nią Maria Antonina w interpretacji zaprzyjaźnionej malarki Basi Adamczyk (jeśli macie ochotę obejrzeć resztę obrazów jej autorstwa, odsyłam do galerii Zorion Art.

Mam nadzieję, że nowy wystrój bloga przypadł Wam do gustu. Nie jest to wersja ostateczna (pewnie pokombinuję coś jeszcze w bocznym pasku), ale zapewniam, że Maria Antonina zostaje z nami na długi czas. Jeśli macie jakieś propozycje, sugestie bądź uwagi - piszcie. :)

sobota, 1 lutego 2014

Wiktoriańskie (?) rękawiczki

Po ponad dwutygodniowej przerwie nareszcie wracam! Dziś nie mogłam się powstrzymać, żeby nie pokazać Wam czegoś, co zwaliło mnie z nóg. Moja mama znalazła w ciucholandzie pewne rękawiczki. Od razu zadzwoniła do mnie mówiąc, że kupiła po śmiesznej cenie piękne, maleńkie (akurat na moje drobne dłonie) skórzane cacka. Ogromnie się ucieszyłam, ale kiedy dostałam je do rąk dosłownie zamarłam. Na wewnętrznej stronie rękawiczki widniała data - 1866 rok! Nie mogłam wprost w to uwierzyć. Okazało się, że są one wyrobem legendarnej francuskiej marki Trefousse & Co. Po dziś dzień rękawiczki spod znaku tej firmy stanowią gratkę dla miłośników ubioru z dawnych lat i kosztują niemało. A mnie udało się zdobyć coś takiego za psi grosz. :)



Jestem nimi absolutnie zauroczona. Jeszcze przez długi czas będę podziwiać ten piękny kwiatowy haft, eleganckie zapięcia z perełką oraz dotyk mięciutkiej skórki. Wspaniałe wykonanie, zdobienia... Mogłabym się zachwycać bez końca. :)

 
Mam małe i wąskie dłonie, ale te rękawiczki są naprawdę tak filigranowe, że ledwo udało mi się w nie zmieścić. :)

piątek, 17 stycznia 2014

Maria Antonina. W Wersalu i Petit Trianon

Gdy skończyłam czytać pierwszy tom cyklu o Marii Antoninie autorstwa Juliet Grey, z wielką niecierpliwością czekałam na chwilę, kiedy w moje ręce wpadnie kolejna część tej wspaniałej trylogii. No i doczekałam się! Dziś zapraszam na dalszy ciąg losów Marii Antoniny, tym razem w Wersalu i Petit Trianon.


Zakończenie poprzedniego tomu dawało złudną nadzieję, że może cała historia potoczy się inaczej... Maria Antonina wzbudzała powszechną sympatię, została bardzo ciepło przyjęta przez lud, Francja w niej i Ludwiku XVI widziała nowych władców mogących postawić kraj na nogi. Niestety, zanadto młody wiek króla i królowej oraz ich niekoniecznie sprzyjające sprawowaniu władzy charaktery doprowadziły do tego, że początek ich rządów był tak na prawdę końcem monarchii we Francji. Drugi tom cyklu - Maria Antonina. W Wersalu i Petit Trianon obejmuje piętnaście lat panowania Ludwika XVI, dodajmy - lat bardzo trudnych, zarówno dla Francji jak i ostatecznie dla samego monarchy oraz jego małżonki.

Portret Marie Antoinette (1755)
Nasza główna bohaterka nie jest już tą rozbrykaną, może nawet z lekka nieznośną, małą Toinette. Jest teraz królową Francji, żoną Ludwika XVI. Po ponad ośmiu latach małżeństwa w końcu doczekała się potomka - niestety córki. Mała Maria Teresa, zwana Madame Royale skradła jednak serca swoich rodziców, którzy jak podkreśla autorka byli bardzo czuli i opiekuńczy w stosunku do wszystkich swoich dzieci, co nie było często spotykanym zjawiskiem wśród królewskich rodzin. Wracając do samej Marii Antoniny, podczas czytania powieści nakreśla nam się obraz kobiety więcej niż odrobinę zagubionej, która chciałaby wszystkich uszczęsliwić. Wplątana w sieć dworskich intryg, opluwana przez lud władczyni stara się jak może, by z godnością pełnić obowiązki królowej, by nikogo nie zawieść. Jednocześnie Antoinette ma skłonności do hazardu i ekstrawagancji. Bajeczne stroje, wymyślne fryzury, drogocenne klejnoty i w końcu sam Petit Trainon (do którego wstęp miała tylko królowa i osoby zaproszone) - to wszystko kosztowało. A Francja coraz bardziej pogrążała się w długach i chyliła ku upadkowi. Niestety, to nie mogło się skończyć happy endem. Juliet Grey sądzi, że przyczyną takiego a nie innego zachowania Marii Antoniny był właśnie długotrwały brak potomstwa, życie w samotności, oraz ciągły nacisk, który wywierano na królewskiej parze. W sumie trudno nie przyznać jej racji.


Ogromnie podoba mi się wielowymiarowe przedstawienie bohaterów powieści. Znane nam z lekcji historii imiona i nazwiska przybierają ludzkie kształty, zaczynają funkcjonować w naszej wyobraźni jako osoby z krwi i kości, które naprawdę kiedyś żyły, miały własne troski oraz chwile szczęścia, tak jak my - żyjący tu i teraz. Czas biegnie nieubłaganie, może nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale i ja i Ty też przejdziemy kiedyś do historii. Warto o tym pamiętać, bo przecież ludzie żyjący niecałe trzysta lat temu niczym tak naprawdę się od nas nie różnili. Maria Antonina. W Wersalu i Petit Trianon choć jest po części fikcją literacką, opiera się na autentycznych wydarzeniach, mówi o prawdziwych postaciach historycznych, a nawet przytacza ich oryginalne wypowiedzi czy fragmenty listów. Juliet Grey zadbała o to (podobnie jak i w pierwszej części) by nadać swej powieści realny zarys, ale nie zanudza przy tym czytelnika wprowadzając liczne elementy ubogacające fabułę bądź wątek miłosny, który nie ma stuprocentowego potwierdzenia. Wszystko jednak  na to wskazuję, że romans był i narodził się z przyjaźni oraz wzajemnej fascynacji, na którą dowody już są. Mowa jak zapewne się domyślacie o związku Marii Antoniny z Axelem fon Fersen.

Przystojny Szwed zawrócił w głowie królowej. Jego nienaganne maniery oraz ujmujący i romantyczny sposób bycia działał na kobiety, więc uległa nim również Maria Antonina. Ich relacja jednak była o wiele głębsza, niż można byłoby się tego spodziewać. Fersen przepadał za towarzystwem kobiet, jednak to właśnie Antoinette oddał swoją duszę. Wiele razy ryzykował dla niej (oraz dla króla, którego darzył dużym szacunkiem) własne życie, a śmierć Marii Antoniny była dla niego bolesnym ciosem. Hrabia w dodatku nigdy się nie ożenił. Nie ma więc wątpliwości, że królowa Francji stała się tym samym królową jego serca.

Maria Antonina. W Wersalu i Petit Trianon to pasjonująca opowieść o miłości, rodzinie, polityce, a także intrygach, niesłusznych oskarżeniach i ludzkim cierpieniu. Przedstawia Marię Antoninę w świetle mającym (moim zdaniem)  najwięcej wspólnego z rzeczywistością. Nie jest to ugładzanie wizerunku królowej za wszelką cenę, ani też karykatura jej osobowości. Przedstawia Antoinette taką, jaką prawdopodobnie była. Niestety, historia obeszła się z nią wyjątkowo okrutnie, o czym będziemy mogli przekonać się już w trzeciej i zarazem ostatniej części trylogii. Tak więc zachęcam Was do przeczytania tej książki i odbycia podróży w czasie, przenosząc się choćby na chwilę do osiemnastowiecznej Francji.

Oryginalny tytuł: Days of Splendor, Days of Sorrow  
Autor: Juliet Grey
Liczba stron: 384 
Wydawnictwo: Bukowy Las

Za książkę serdecznie dziękuję wydawnictwu Bukowy Las.
http://bukowylas.pl/

piątek, 10 stycznia 2014

Lekcje Madame Chic

Już od dłuższego czasu chodziła za mną wielka chęć, by przeczytać ten poradnik. Lekcje Madame Chic to książka Jennifer L. Scott, twórczyni niezwykle popularnego bloga












Tytuł oryginalny: Lessons from Madame Chic
Autor: Jennifer L. Scott
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Liczba stron: 287
http://www.wydawnictwoliterackie.pl/