środa, 12 lutego 2014

Co dziś myślę o "Marii Antoninie" Coppoli?

Maria Antonina w reżyserii Sofii Coppoli to film, do którego wracam zdecydowanie najczęściej. Pamiętam jak dziś ten dzień, kiedy obejrzałam go po raz pierwszy, wiedząc o królowej Francji tylko tyle, że jej rozrzutność doprowadziła do krwawej rewolucji. Film poruszył mnie do tego stopnia, że postanowiłam zainteresować się szerzej tematem upadku francuskiej monarchii. Od razu po seansie zaczęłam przetrząsać internet w poszukiwaniu coraz to nowych informacji o samej Marii Antoninie, Ludwiku XVI, jak i Axelu von Fersen, diuszesie de Polignac, czy księżniczce de Lamballe. Potem nadeszła pora na biografie oraz powieści poświęcone królowej, które uformowały w mojej głowie wizerunek Antoinette nieco inny niż w filmie Coppoli. Ale to właśnie on zapoczątkował (tuż obok powieści Jane Austen) moje zamiłowanie do kina kostiumowego i dawnych obyczajów, dlatego też patrzę na niego bardziej z perspektywy sentymentu niż ślepego uwielbienia.

Wiele osób zarzuca Sofii Coppoli nakręcenie lukrowanego, pustego w środku filmu "o niczym". Jeśli jednak dłużej by się zastanowić, to życie w Wersalu było taką właśnie pustą egzystencją. Próżność arystokracji nie znała granic, a teatralność i sztuczność zachowań była na porządku dziennym. Jednak ludzie od zawsze mieli uczucia i obraz Coppoli opowiada o niczym innym, jak o uczuciach Marii Antoniny, która gubi się w otaczającej ją rzeczywistości.


Co nadal uważam za plus?
Melancholijny i słodki nastrój (zwłaszcza sceny w Petit Trianon na łonie natury, istna sielanka).
Muzyka - co prawda nieadekwatna do XVIII-wiecznych realiów, jednak uważam, że to ciekawy zabieg artystyczny. Lubię ten soundtrack i jakby nie patrzeć, bez niego film straciłby połowę swego uroku.
Stroje i scenografia - raj dla oczu. Pod względem wizualnym to arcydzieło. Nie udało mi się nawet policzyć ile sukni przewinęło się przez ten film, a dbałość o każdy szczegół i wystudiowane kadry nie pozwalają oderwać oczu od ekranu.  
Zgrabne przeplatanie wątków - to nie lada wyczyn streścić w dwugodzinnym filmie historię krótkiego co prawda, lecz burzliwego życia królowej Francji.
Kirsten Dunst - Maria Antonina to chyba jej życiowa rola. Nigdy nie przepadałam za Kirsten, ale w roli MA pomimo wielu niepochlebnych opinii nadal bardzo mi się podoba.
♥ Obsadzenie Jamiego Dornana w roli Fersena to strzał w dziesiątkę. Aktor z niego nijaki, ale za to jak wygląda... i jest podobny do oryginału!

Co mi przeszkadza? 
♥ Sprowadzenie relacji pomiędzy Marią Antonina a Axelem von Fersen jedynie do sfery cielesnej. To zdecydowanie najbardziej razi mnie w tym filmie. Miłość tych dwojga była wręcz platoniczna, do dziś w stu procentach nie ma potwierdzenia czy ich związek przybrał również fizyczną formę. Coppola niestety trochę się zagalopowała ukazując zbyt wiele namiętności, a zbyt mało romantyzmu i wzajemnego oddania, czyli tego co było podstawą stosunków między nimi.
♥ Schematyczne przedstawienie Madame Du Barry. Owszem, nie miała nic wspólnego z królewskimi manierami, jedynie z łożem. Jednakże skoro udało jej się tam dostać, musiała sobą cokolwiek reprezentować. W rzeczywistości Madame Du Barry była piękną jasnowłosą kobietą o eterycznej urodzie, a tu reżyserka znów poszła na łatwiznę ukazując królewską faworytę jako całkowite przeciwieństwo Marii Antoniny kreując ją na wulgarną prostaczkę.
♥ Film o francuskiej królowej jest po angielsku... trochę drażniące.

A Wy jakie macie odczucia wobec tego filmu?

12 komentarzy:

  1. O patrz, a miałam dziś Ci napisać na blogu o moich odczuciach podczas lektury książki Juliet Grey, którą ostatnio zrecenzowałaś - co prawda jeszcze dużo mi zostało tej lektury "W Wersalu i Petit Trianon", ale już teraz zaczyna mnie irytować zachowanie Antoniny - była strasznie rozrzutna, a przy tym taka nieskapnięta! Momentami mam ochotę nią potrząsnąć, żeby się ogarnęła i zaczęła myśleć. Oczywiście wiem, że Juliet Grey stworzyła Antoninę według własnego uznania i nie ma pewności, że ona taka była naprawdę, ale jeśli jest w tym ziarenko prawdy, to moja sympatia do Austriaczki stanowczo zmalała (a w pierwszej części serii bardzo ją polubiłam!). Film Coppoli obejrzę na pewno, bo wiem, że bardzo go lubisz i przez to jestem ciekawa, jak ja go odbiorę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Maria Antonina miała sporo wad, na królową absolutnie się nie nadawała, ale pamiętajmy, że była tylko człowiekiem. Rola władczyni, brak potomstwa przez bardzo długi czas i tęsknota za Austrią przerosła ją, czego skutki okazały się katastrofalne.

      Usuń
    2. To prawda, dlatego nie chcę oceniać jej zbyt surowo, poza tym sporo jeszcze książki przede mną, więc na ostateczny werdykt potrzebuję jeszcze trochę czasu :)

      Usuń
  2. Ja ten film bardzo lubię, ale fakt, trzeba mieć do niego odpowiedni dystans. Bez pewnej wiedzy historycznej, ewentualnie uzupełnionej później :D to jest jednak taka pusta historyjka. Dopiero kontrast tego lukrowanego ciasteczka z prawdziwą historią ukazuje zabieg, który chyba leżał w intencji reżyserki: pokazać M.A. jako zwykłą dziewczynę nagle znajdującą się na świeczniku, która na dobrą sprawę nie miała większego kontaktu z wydarzeniami, które przeorały kraj i strąciły z karków głowy arystokratów. Wersal był trochę taką wyspą celebrytów oderwanych od rzeczywistości :D

    Z tego, co pamiętam S.C. nie chciała kręcić filmu historycznego, proponowano jej sugerowanie się słynnymi biografiami, ale odmówiła ;) Chciała ukazać M.A. jak młodą gwiazdkę, która robi karierę, coś w tym stylu. W myśl zasady, że historię i tak każdy zna :D Chyba przeceniła trochę swoich widzów, bo faktycznie, zgadzam się z większością moich znajomych, którzy narzekają na to jak wiele osób oglądając ten film roi sobie w głowie obrazek daleki od rzeczywistości, nie tylko o historię chodzi (jej brak w tym filmie), ale o przesłodzony obraz XVIII wieku. Gdyby film był "brzydszy" mogę się założyć, że nie byłby aż tak często krytykowany. Bo jego największy grzech to ten, że jest zbyt pociągający i mąci w głowach :D :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trafne spostrzeżenia. Maria Antonina była właśnie taką XVIII-wieczną celebrytką, która niekoniecznie miała pojęcie jak wygląda życie poza murami Wersalu. Choć co ciekawe, słowa "Nie mają chleba niech jedzą ciastka" ostatecznie nie padły z jej ust. :)

      A film nie tylko mąci w głowach, ale i zachęca co niektórych (sama jestem tego przykładem :D), żeby nie poprzestawać na osłodzonej wizji XVIII wieku, ale dowiedzieć się jak historia wyglądała naprawdę. :)

      Usuń
  3. Ze wszystkimi plusami się zgadzam! Do minusów zaliczyłabym jeszcze urwanie fabuły w połowie - jako całość kompozycyjna wszystko prezentuje się spójnie (MA opuszcza Wersal = koniec jej beztrosko nastoletniego życia), ale właśnie, chciałabym zobaczyć też ciąg dalszy tej historii. Choć z drugiej strony skupienie się na lepszej połowie życia MA i ukazanie jej jako nastolatki ma w tym filmie tyle uroku... Trudni mi się zdecydować ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co racja to racja... Ale jakoś ciężko mi sobie wyobrazić Marię Antoninę na szafocie jako koniec tego filmu. Miało być słodko i beztrosko i tak właśnie wyszło. :)

      Usuń
  4. Jejku, Twoje plusy i minusy są identyczne z moimi! Naprawdę, podpisuję się pod każdym z osobna!
    Dla mnie ten film też był krokiem milowym, jeśli chodzi o zainteresowanie kostiumami. Nawet, jeśli te w MA są uwspółcześnione, to i tak jest to niesamowite, że ilekroć dowiaduję się o nowym kroju sukni, zawsze odnajduję go potem także w MA :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Pamiętam że na początku ten film zrobił na mnie spore wrażenie, ale chyba głównie przez tą całą wizualną otoczkę. Z tego co pamiętam, tam faktycznie scenografię tworzyli mistrzowie. Buty naprawdę były od projektantów. Katering robiony przez najlepsze firmy. itd.
    To prawda, że film jest trochę zbyt powierzchowny. Bardziej przypomina teledysk. Ale są tam jakieś emocje, jest nam żal królowej... Mimo wad, widowisko było miłe dla oka i chętnie do niego wracałam.
    Chociaż... Gdy ostatnio próbowałam zrobić sobie powtórkę, przerwałam w połowie. Jednak film który nie ma w sobie głębi, po pewnym czasie może niestety się znudzić....

    OdpowiedzUsuń
  6. Wstyd się przyznać, ale jeszcze nie miałam okazji zobaczyć tego filmu. Jednak po przeczytaniu Twojego wpisu chętnie nadrobię zaległości ;) Uwielbiam filmy kostiumowe i myślę, że będzie to ciekawa pozycja na walentynkowy wieczór.
    Pozdrawiam,
    A.

    OdpowiedzUsuń
  7. Film bardzo lubię, ale jakoś nigdy wcześniej się nad nim nie zastanawiałam :D
    Pozdrawiam cieplutko i zapraszam do mnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Osobiście denerwuje mnie tak pokazany związek hrabiego von Fersena i Marii Antoniny i...tak, to, że film jest po angielsku również, ale trzeba się powoli przyzwyczajać - już parę razy natknęłam się na ten problem.

    OdpowiedzUsuń