wtorek, 18 sierpnia 2015

Powrót na XIX-wieczną angielską prowincję, czyli "Z dala od zgiełku"

Z dala od zgiełku Thomasa Hardy'ego, to jedna z tych książek, które od dawna były na mojej liście "nie wiem kiedy, ale kiedyś przeczytam". Pewnie nadal by tam tkwiła, gdyby nie najnowsza ekranizacja tejże powieści. Filmu co prawda jeszcze nie widziałam, ale już sam trailer i wszelkie materiały promocyjne zdołały mnie tak zauroczyć, że w końcu pomyślałam - nie ma na co czekać, trzeba biec do księgarni i zabrać się za czytanie pierwowzoru! Jak postanowiłam, tak zrobiłam i znów mogłam "przenieść się" do jednego z moich ulubionych miejsc, czyli XIX-wiecznej angielskiej prowincji.


Pierwszą książkową postacią, jaką Hardy daje nam poznać, jest Gabriel Oak - człowiek prosty i uczciwy. Dzięki temu, że nigdy nie bał się ciężkiej pracy i żył bardzo skromnie, ze zwykłego pasterza stał się wreszcie właścicielem małej owczej farmy. Ale to nie on jest głównym bohaterem powieści, lecz pewna młoda kobieta, która zwie się Betsaba Everdene. Dziewczyna to charakterna i doskonale znająca własną wartość, pomimo tego, że majętna wcale nie była. Kiedy nasz dobroduszny farmer Oak ją poznaje, niemal od razu się w niej zakochuje i prosi o rękę. Niestety, Betsaba odrzuca oświadczyny i niebawem... dziedziczy duży majątek po zmarłym wuju. Tymczasem Gabriel niespodziewanie traci cały swój dobytek i musi znaleźć nowe źródło utrzymania.

Nie tylko Gabriel Oak darzy uczuciem naszą bohaterkę. O jej względy zabiega również bogaty i poważany w towarzystwie farmer, William Boldwood. Żeby nie zdradzić Wam za bardzo treści książki, powiem tylko tyle, że jest to według mnie najciekawsza postać. Trzecim adoratorem Betsaby okaże się sierżant królewskich dragonów - Franciszek Troy. Cała sympatia, którą darzyłam Boldwooda jest równa irytacji, jaką wzbudzał we mnie ów niepoprawny uwodziciel i hulaka.

Może teraz parę słów o samej Betsabie. Szczerze mówiąc, nie wiem co o niej myśleć. Z jednej strony podobała mi się jej odwaga i upór oraz chęć do samodzielnego zarządzania gospodarstwem. Z drugiej zaś - jej co niektóre lekkomyślne działania i brak pokory działały mi na nerwy. Z biegiem kolejnych zdarzeń Betsaba zaczyna na szczęście dojrzewać i uczy się ponosić konsekwencje własnych czynów.

 

Choć książka ta została napisana w 1874 roku, myślę, że powinna przypaść do gustu nie tylko wielbicielom klasyki. Jej ponadczasowość polega na tym, że opowiada przede wszystkim o ludzkich emocjach, które są niezmienne na przestrzeni wieków. Nasi bohaterowie przeżywają wewnętrzne rozterki i nie zawsze popostępują słusznie, tak samo jak my - współcześni. Każdą osobowość wykreowaną przez Hardy'ego możemy poznać z tej lepszej i gorszej strony. Betsaba nie jest bez wad, podobnie jej adoratorzy. Każdy z tych trzech kawalerów jest zupełnie inny - Franciszek Troy to uosobienie męskiego wdzięku. Doskonale wie, jak sprawić dobre wrażenie na kobietach, nic dziwnego, że zawrócił w głowie także i naszej bohaterce. Kolejny mężczyzna starający się o względy Betsaby - William Boldwood, jest skrajnym przeciwieństwem Troya. Nie należy on do ludzi szczególnie towarzyskich, lecz dzięki swojej pozycji społecznej budzi szacunek wśród ludzi. Trzeci kandydat do zdobycia serca i ręki panny Everdene to oczywiście poczciwy Gabriel Oak, który po odrzuceniu jego oświadczyn na początku książki, postanawia usunąć się w cień. Choć niezupełnie...

Jestem pod wielkim, naprawdę wielkim wrażeniem tej powieści. Mogłabym pochłonąć ją w tempie błyskawicznym, ale postanowiłam, że będę się nią delektować. Chciałam poczuć ten nieśpieszny nastrój spokojnej wsi, przeczytać dokładnie każdy opis przyrody, wyobrazić sobie każdą scenę. Hardy bardzo dba o szczegóły, przez co umożliwia nam jeszcze bardziej wczuć się w klimat XIX-wiecznej prowincji.

Tak oto rozpoczęła się moja przygoda z dziełami Thomasa Hardy'ego. Mogę śmiało powiedzieć, że Z dala od zgiełku to książka, która dostarczyła mi wszystkiego, czego oczekuję od dobrej lektury. Teraz pozostało mi jeszcze obejrzenie filmu oraz polowanie na inne książki spod pióra Hardy'ego. Mam nadzieję, że udało mi się zachęcić Was do sięgnięcia po tę powieść. A może już ją czytaliście? Jeśli tak, jestem bardzo ciekawa Waszej opinii zarówno o książce, jak i o najnowszej ekranizacji. :)

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Elizabeth von Arnim - "Elizabeth i jej ogród"

Czasem tak mam, że gdy tylko zacznę czytać jakąś książkę, od razu wiem - to jest to! Tak właśnie było w przypadku Elizabeth i jej ogród, napisanej przez Elizabeth von Arnim. Elizabeth była córką angielskiego kupca, w 1891 roku poślubiła starszego o piętnaście lat hrabiego Henniga von Arnima, a pięć lat później zamieszkała wraz z nim i trójką dzieci w pomorskiej miejscowości Rzędziny (w tamtych czasach Nassenheide). Małżeństwo von Arnimów nie należało niestety do szczególnie udanych. Również z tego powodu Elizabeth najchętniej spędzała czas w swoim ogrodzie, gdzie mogła w pełni się zrelaksować i zająć tym, co naprawdę ją uszczęśliwiało. Oprócz zamiłowania do natury, hrabina von Arnim posiadała nietuzinkową osobowość, wyjątkowy zmysł obserwatorski oraz talent pisarski - i to wszystko przyczyniło się do powstania poniższej książki.


Elizabeth i jej ogród to książka bardzo osobista, można nazwać ją swego rodzaju pamiętnikiem. Podejrzewam, że sporo osób przed sięgnięciem po nią, pewnie zastanawiało się, cóż ciekawego można napisać o ogrodzie i ogólnie o kwiatach, poza tym, że są piękne i pięknie pachną. Jednakże Elizabeth potrafi tak oczarować czytelnika swoją opowieścią, że ja sama kiedy musiałam przerwać czytanie, naprawdę z wielkim ociąganiem odkładałam tę książkę na półkę. A o pracy w ogrodzie (którą wykonywała zazwyczaj ukradkiem, bo hrabinie nie wypadało paradować z grabiami czy łopatą) Elizabeth pisała tak:

"(...) ale to jest szczególny rodzaj pracy i gdyby Ewa w raju miała szpadel i mogła coś z tym zrobić, nie mielibyśmy całej tej smutnej historii z jabłkiem. Jaka ja jestem szczęśliwą kobietą, że żyję w ogrodzie z książkami, dziećmi, ptakami i kwiatami i w takim spokoju, żeby się tym wszystkim rozkoszować!"*


Zapiski hrabiny to nie tylko opisy i refleksje na temat ogrodu. Znajdziemy w nich także przemyślenia Elizabeth dotyczące małżeństwa z Gniewnym (tak nazywała swego męża) i macierzyństwa. Poznajemy codzienne życie w wiejskim dworku, wraz z jego mieszkańcami przeżywamy te lepsze i gorsze chwile, przyjmujemy gości, obserwujemy zmieniające się pory roku. Tak jak wspominałam, von Arnim była bardzo przenikliwą obserwatorką. Widziała i rozumiała więcej niż przeciętni przedstawiciele ówczesnej śmietanki towarzyskiej, była kobietą bardzo wrażliwą i bystrą, co widać w każdym z napisanych przez nią zdań.

Książka jako całość bardzo przypadła mi do gustu. Subtelny nastrój całej opowieści i błyskotliwość autorki z pewnością czynią ją wartą przeczytania. Polecam ją absolutnie wszystkim osobom szukającym pogodnej, ciepłej oraz wartościowej lektury na wakacyjne dni. :)


Za książkę dziękuję Wydawnictwu MG.
*Elizabeth von Arnim, Elizabeth i jej ogród (s.31, 32), przeł. Elżbieta Bruska i Berenika Marta Lemańczyk, wydawnictwo MG, Warszawa 2011

piątek, 1 maja 2015

Eliza Orzeszkowa - Pamiętnik Wacławy

Od dłuższego czasu czytam niemal same XIX-wieczne powieści. Żyjąc już kilka lat w uwielbieniu dla Jane Austen, sióstr Brontë czy Elizabeth Gaskell, jakoś zawsze nie po drodze było mi z polskimi autorami. Wyjątkiem była Lalka, którą przeczytałam w błyskawicznym tempie. Teraz, kiedy czas szkolnych lektur mam już dawno za sobą, postanowiłam dać ponowną szansę innym polskim klasykom. Na pierwszy ogień poszły Noce i Dnie Marii Dąbrowskiej - powieść, którą na dzień dzisiejszy śmiało mogę zaliczyć swoich ulubionych. A następną książką, po którą postanowiłam sięgnąć jest Pamiętnik Wacławy autorstwa Elizy Orzeszkowej. I to o nim chciałabym Wam dzisiaj co nieco opowiedzieć.


Pamiętnik Wacławy to historia dziewczyny wkraczającej w dorosłość. Nasza tytułowa bohaterka jest dobrze wychowaną panienką - ciekawą świata, wrażliwą na krzywdę innych i szlachetną. Już na samym początku książki dowiadujemy się, że Wacława przyszła na świat jako owoc związku będącego mezaliansem. Matka dziewczyny wywodzi się z wyższych sfer, ojciec zaś jest profesorem Politechniki, gardzącym próżnością arystokratycznej śmietanki towarzyskiej. Małżeństwo osób z dwóch różnych grup społecznych okazuje się w tym przypadku nieszczęśliwe i kończy separacją. Tym samym siedemnastoletnia Wacława krąży między wystawnym światem balów i przyjęć jej matki, a światem nauki i pracy należącym do ojca.

Skusiłam się na tę książkę z trzech powodów. Po pierwsze - zainteresowało mnie porównanie Pamiętnika Wacławy do powieści Charlotte Brontë. Choć w gruncie rzeczy mogę teraz powiedzieć, że Elizie Orzeszkowej bliżej (według mnie) do Gaskell niż Brontë. Po drugie - przeurocza okładka, od której nie mogłam przez dłuższy czas oderwać wzroku - swoją subtelnością idealnie trafia w mój gust. A po trzecie - byłam zwyczajnie ciekawa Orzeszkowej. Bo po króciutkiej nowelce Gloria Victis i streszczeniu Nad Niemnem (tak, przyznaję się, nie czytałam tej lektury :P) nie poznałam jej na tyle, by móc wyrazić o jej twórczości jakąś szerszą opinię.

 

Pamiętnik Wacławy jest przesiąknięty XIX-wiecznym feminizmem. Autorka bardzo krytycznie podchodzi do stylu życia wyższych sfer, zwraca również uwagę na wszelkiego rodzaju ograniczenia, z którymi musiały borykać się współczesne jej kobiety. Tytułowa Wacława postanawia zerwać z etykietką "panny na wydaniu" i podążać za głosem własnego rozumu i serca, a nie postępować według sztywno narzuconych reguł. Nasza główna bohaterka pragnie od życia czegoś więcej, niż małżeństwa z rozsądku i późniejszej wygodnej egzystencji. 
I choć kocha swoich rodziców jednakowo, z biegiem czasu bliższe stają się jej ideały ojca niż matki.


Pamiętnik Wacławy to przyjemna lektura, jednak podczas jej czytania trzeba mieć świadomość tego, że jest ona powieścią tendencyjną i momentami może irytować przesadzonym dydaktyzmem oraz brakiem obiektywnego spojrzenia na poruszane problemy. Bądź co bądź, nie jest to książka pozbawiona uroku, Orzeszkowa posługuje się pięknym językiem - dla miłośników XIX-wiecznej prozy szykuje się uczta literacka z prawdziwego zdarzenia. To jedna z tych książek, które najchętniej czytamy siedząc na werandzie i popijając herbatę z ulubionej filiżanki. Dlatego jeśli szukacie jakiejś klasycznej lektury, warto mieć na uwadze ten tytuł. Ze swojej strony polecam. :)

Za książkę dziękuję Wydawnictwu MG.

sobota, 21 marca 2015

"Współczesne maniery" - parę słów o książce

Wiele osób twierdzi, że savoir-vivre to przeżytek. Świat ciągle pędzi do przodu, a my z nim - niestety często zapominając o wzajemnej życzliwości. W związku z tym, wśród wielu ludzi panuje przekonanie, że etykieta nie powinna dotyczyć naszej codzienności - bo życie jest już i tak wystarczająco skomplikowane. A jednak savoir-vivre zamiast komplikować życia, bardzo często je ułatwia. Dobre maniery to przecież nic innego jak szacunek do drugiego człowieka, zachowywanie się wobec kogoś tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani. 

Niedawno w polskich księgarniach pojawił się poradnik Współczesne maniery, czyli jak się zachowywać w drodze na szczyt, którego autorkami są Dorothea Johnson - ekspertka w dziedzinie savoir-vivre'u oraz jej wnuczka i zarazem sławna aktorka - Liv Tyler, pełniąca raczej rolę komentatora wszystkich rad udzielanych przez babcię.

  Czasy się zmieniają podobnie jak obyczaje. Jedyne, co w życiu towarzyskim pozostaje niezmienne, to znaczenie dobrych manier. *

 

Książka została podzielona na sześć rozdziałów (Spotkania i powitania, W pracy, Komunikacja elektroniczna, Wyjścia i podróże, Maniery przy stole, Taktowny gospodarz). Zdecydowanie najbardziej przypadła mi do gustu część o właściwym zachowaniu przy stole. W tym rozdziane zawarto najwięcej konkretnych informacji (rodzaje nakrycia, różnice między europejskim i amerykańskim stylem jedzenia itd).

Na plus oceniam bardzo ładne, porządne wydanie. Poradnik jest bogaty w ilustracje i schematy, dzięki czemu lektura nie jest monotonna. Za minus uznaję niestety zbyt powierzchowne podejście do tematu dobrego wychowania - książka obejmuje zagadnienia z dziedziny savoir-vivre'u, które moim zdaniem większość obytych towarzysko ludzi powinna już znać. Skłamałabym pisząc, że poradnik ten znacznie pogłębił moją wiedzę z dziedziny etykiety. Był jedynie przypomnieniem najważniejszych zasad, podanych w przyjemnej dla oka formie.

Czy polecam? Tak, ale pod warunkiem, że nie oczekujecie wnikliwego ujęcia tematyki savoir-vivre'u. W gruncie rzeczy jest to przyjemna lektura i z pewnością wielu osobom przypadnie do gustu - choćby ze względu na wcześniej wspominane już walory estetyczne oraz naturalne i serdeczne podejście obu autorek do czytelnika.

*Dorothea Johnson, Liv Tyler, Współczesne maniery, czyli jak się zachowywać w drodze na szczyt, przeł. Dorota Malina, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015, s.170

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

piątek, 13 marca 2015

Kobieta w literaturze - moje ulubione bohaterki

Zaintrygowały mnie, nieraz do czegoś zainspirowały, czasem bywały irytujące - ale dzięki temu wydawały się jeszcze bardziej autentyczne. Dawno nie było tu żadnego rankingu, więc nadrabiam zaległości - dziś mam dla Was zestawienie najbliższych mi kobiecych postaci ze świata literatury. :)

1. Elizabeth Bennet (Duma i Uprzedzenie). Tyle razy przewijała się przez bloga, że chyba nikogo to nie dziwi, że pierwsze miejsce przyznaję właśnie jej. Lizzy swą bystrością umysłu i zadziornym poczuciem humoru oczarowała nawet samego pana Darcy'ego - jak więc można jej nie lubić? No po prostu nie da się! 

2. Jane Eyre - Z pozoru krucha, ale w rzeczywistości silna i nieugięta. Czy znacie jakąkolwiek inną postać, która skromnością, szczerością i prawością dorównuje Jane?

3. Margaret Hale (Północ i Południe). Uwielbiam ją za odwagę, mocny charakter, dumę i stalowe nerwy. Przyjeżdżając z sielankowego Helston do zakurzonego, ponurego Milton na północy Anglii, wiele kobiet by się załamało. Ale nie Margaret, która potrafiła stawić czoła rzeczywistości i zajmować się mnóstwem spraw naraz.

4. Emma Woodhouse - kolejna bohaterka wykreowana przez Jane Austen. Jest nieznośna, uparta i wściubia nos w nie swoje sprawy, ale w gruncie rzeczy ma dobre i wrażliwe serce.

5. Melania Hamilton/Wilkes (Przeminęło z Wiatrem) - prawdziwa dama (w przeciwieństwie do Scarlett). Wspaniała kobieta oraz wierna przyjaciółka, pełna ciepła i oddania dla najbliższych.   


6. Barbara Niechcic (Noce i dnie) - należy do kobiet, z którymi naprawdę ciężko żyć pod jednym dachem. Jest pełną niepokoju, skupioną na swoich wewnętrznych przeżyciach idealistką. Bez przerwy się o coś martwi, wiecznie jej czegoś brak, ciągle rozpamiętuje przeszłość i pielęgnuje wspomnienia o swojej pierwszej miłości. Barbara to postać skomplikowana i bez wątpienia prawdziwa aż do bólu.

7. Emma Bovary, czyli kobieta, która przez swą zbyt bujną wyobraźnię doprowadziła się do obłędu. Pani Bovary to bohaterka, z którą nie jestem jakoś szczególnie związana, jednak jest tak charakterystyczna i tak bardzo utkwiła w mojej pamięci, że musiałam umieścić ją na tej liście.

8. Anna Maria Olsdotter (Saga o Ludziach Lodu) - dawno, dawno temu przechodziłam istną fascynację 47-tomową sagą rodzinną autorstwa Margit Sandemo. I wśród mnóstwa bohaterów, nieraz obdarzonych nadnaturalnymi zdolnościami i przeżywających przygody o jakich mi się nawet nie śniło, moją ulubioną bohaterką została całkiem zwyczajna, skromna, młoda nauczycielka - Anna Maria. Wzruszało mnie jej oddanie dla pracy, chęć pomocy dzieciom ubogich górników oraz wrażliwość i łagodność.

9.  Cecylia Maiden (Saga o Ludziach Lodu) - zdecydowane przeciwieństwo Anny Marii pod względem temperamentu. Cecylia to kobieta ogień, której wszędzie pełno. Skłonna do ogromnych poświęceń w imię rodziny, nieco przebiegła, generalnie jest to jedna z takich postaci, które po prostu żyją na kartach powieści.

10. Valancy Stirling z Błękitnego Zamku - nieśmiała, zakompleksiona stara panna, która pewnego dnia dowiaduje się, że cierpi na nieuleczalną chorobę. Postanawia wykorzystać czas, który jej pozostał na życie własnym życiem, kompletnie nie przejmując się opinią innych ludzi. Valancy to postać, która z biegiem fabuły rozkwita i odzyskuje poczucie własnej wartości, stając się zdecydowaną i radosną kobietą.


Znalazłoby się jeszcze sporo kobiecych postaci, które w jakiś sposób mnie zainteresowały, ale postanowiłam, że ograniczę się do dziesięciu, tak więc kończę dzisiejszy wpis. I bardzo chętnie się dowiem, jakie są Wasze typy. :)

sobota, 7 marca 2015

Jo Baker - Dworek Longbourn

Nigdy nie byłam przekonana do różnego rodzaju sequeli, prequeli i innych eksperymentów, gdzie jak nie trudno się domyślić, celem zwiększenia popularności książki bądź filmu, twórca nieraz na siłę nawiązuje do klasycznych dzieł. A jeśli o Jane Austen chodzi, to na jej punkcie jestem już szczególnie przeczulona i mam totalną alergię na takie cudaczne twory jak Duma, uprzedzenie i zombie czy średnio zabawny, raczej żenujący serial Lost in Austen. Mieszane uczucia miałam także w przypadku produkcji Death comes to Pemberley, którą obejrzałam bardziej ze względu na ładne widoki i M. Goode'a w roli Wickhama, niż chęć ponownego spotkania z Darcym i Lizzy (kompletnie nie wiem, czym kierowali się twórcy serialu, obsadzając w głównych rolach dwójkę pasujących tam jak piernik do wiatraka aktorów). Nic więc dziwnego, że do Dworku Longbourn byłam również sceptycznie nastawiona. A że moja mama szukając gwiazdkowych podarków natknęła się na coś z ładną okładką, na której odwrocie jak wół jest napisane "Książka, którą pokochali wielbiciele Jane Austen i serialu Downton Abbey." stwierdziła, że będzie to dla mnie idealny prezent. Od razu mówię, że Dworek Longbourn nie jest jakąś katastrofą, ale do wybitnej literatury bynajmniej nie należy. To takie czytadło dobre do jazdy pociągiem, posłuży też w chwilach, kiedy jesteś zbyt zmęczona, by czytać w całkowitym skupieniu, jednak wolisz sięgnąć po jakąkolwiek książkę, niż zmarnować wieczór oglądając obrazki w internecie.

Przejdźmy wreszcie do fabuły... Jak sam tytuł wskazuje akcja powieści dzieje się w Longbourn, gdzie mieszkają Bennetowie ze swoimi pięcioma córkami - Jane, Elizabeth, Mary, Kitty i Lydią. Tym razem nasi ulubieni bohaterowie schodzą na dalszy plan i ustępują miejsca służbie (jakkolwiek to brzmi). :) Trzy najważniejsze postacie, wokół których skupia się cała fabuła to młoda pokojówka Sara, władcza gospodyni - pani Hill i nowy, enigmatyczny służący o imieniu James.


Główną bohaterkę, czyli Sarę nawet da się lubić. Z mojej strony może nie była to czysta sympatia, a raczej współczucie. Nie od dziś wiadomo, że życie w XIX wieku było wygodne i przyjemne pod warunkiem, że miałeś majątek i odpowiednie urodzenie. Natomiast dziewczęta takie jak Sara mogły jedynie pomarzyć o urokach bycia młodą panną na wydaniu. Nasza bohaterka miała co prawda szczęście, bo trafiła pod dom Bennetów, w miarę możliwości dobrze traktujących swoją służbę (w pamięć zapadł mi fragment, w którym Lizzy oddała Sarze jedną ze swoich starszych sukienek), lecz nie zmienia to faktu, że życie służącej to ciągła praca w pocie czoła, gdzie nie ma czasu na miłość. A nasza główna bohaterka bardzo chciałaby się zakochać. Jej zainteresowanie budzi lokaj Bingleyów - wytworny i arogancki Ptolemy. Sara nie wie jednak, że skrycie podkochuje się w niej James, czyli nowy służący w Longbourn.

Jo Baker miała ogólnie ciekawy pomysł na książkę. Czyta się ją w tempie błyskawicznym, fabuła jest dość wciągająca, aczkolwiek nie do końca podobał mi się język, którym posługuje się autorka. Momentami niechlujny, czasem wręcz wulgarny. Ja rozumiem, że to książka o służbie, która nie przebiera w słowach, ale niektóre wyrażenia lub opisy nieco mnie zniesmaczały.

I to chyba na tyle. Nie powiem, że się zawiodłam, bo moje oczekiwania co do tej książki nie były zbyt wygórowane. Jest to powieść przeciętna, były gorsze i lepsze. Na pewno na plus oceniam miłe dla oka, subtelne wydanie. Książka pod względem treści pozostawia wiele do życzenia, ale chociaż ładnie wygląda na półce. ;)

piątek, 20 lutego 2015

Lalka, czyli XIX-wieczne salony (i nie tylko) po polsku

Któż z nas nie zna Lalki Prusa? Zmora wielu licealistów, opasłe tomisko, dla niektórych kojarzące się jedynie z przygotowaniami do matury. Pamiętam jak dziś ten dzień, kiedy przytaszczyłam do domu trzy rozlatujące się tomy z Izabelą i Wokulskim na okładkach. Jeśli mam być szczera, nie spodziewałam się po Lalce niczego nadzwyczajnego, co prawda byłam już w fazie głębszej fascynacji Jane Austen i "dawnymi czasami", ale no wiecie... lektura szkolna - wątpiłam, by mogła mi się jakoś specjalnie spodobać. Postanowiłam jednak dać szansę Prusowi i nie iść na łatwiznę czytając samo streszczenie. I tak przepadłam zupełnie na kilka dni, nie dłużej niż tydzień - bo tyle, o ile dobrze pamiętam, zajęło mi przeczytanie Lalki. 


Ciężko jest recenzować dzieło, które znają wszyscy. Bo co jeszcze można odkrywczego napisać o książce, o której powiedziano już chyba wszystko? Tak monumentalna powieść jaką jest Lalka, jednych nudzi, drugich z miejsca oczarowuje.

Bogata charakterystyka polskiego społeczeństwa w XIX wieku, ciekawie poprowadzony wątek miłosny czy elementy psychologiczne - to jest to, za co większość z nas lubi Lalkę. Osobiście za jeden z największych plusów tej powieści uważam doskonałe opisy przeżyć wewnętrznych głównego bohatera. Wokulskiego można zwyczajnie nie lubić, zarzucać mu niezdecydowanie, naiwność i w końcu głupotę. Można w ogóle nie rozumieć jego postępowania, bo nawet sam Stach do końca siebie nie rozumie. Ale chyba nikt nie powie, że Wokulski jest nieciekawą postacią. Jakby się głębiej zastanowić, to taka XIX-wieczna, kolokwialnie mówiąc "bardziej ogarnięta życiowo" wersja Wertera - bo choć jest romantykiem, siedzą w nim również pozytywistyczne ideały. […] Stopiło się w nim dwóch ludzi: romantyk sprzed roku sześćdziesiątego i pozytywista z siedemdziesiątego. To, co dla patrzących jest sprzeczne, w nim samym jest najzupełniej konsekwentne. […] .*

Większość współczesnych czytelników Lalki nie cierpi Izabeli Łęckiej - bo jest tą złą, okrutną kobietą, przez którą biedny Stach cierpi. Wszyscy jej nienawidzimy, tylko jeden głupi Wokulski jest w niej beznadziejnie zakochany. Ale jeśli spojrzymy na nią z nieco innej perspektywy, nie możemy całkowicie obwiniać jej za to, że była jaka była. Izabela całą swą młodość spędziła chowana pod kloszem, miała wszystko, czego tylko zapragnęła. Została wychowana na damę, a jeśli wiemy, co oznaczało to słowo w XIX wieku, zapewne domyślamy się, że jej głównym życiowym zadaniem było pięknie wyglądać, być uroczą, dystyngowaną i niewiele poza tym. Należała do arystokracji, czyli chyba najbardziej zdegradowanej moralnie warstwy społecznej, przesiąkniętej materializmem i hipokryzją. Nie chcę bynajmniej usprawiedliwiać Łęckiej, tylko spojrzeć na nią bardziej obiektywnie. Tak swoją drogą, czasem zastanawiam się co by było, gdyby Izabela nie była arystokratką, tylko na przykład córką bogatego kupca, a to Wokulski miał tytuł i "odpowiednie" pochodzenie? No cóż, wtedy na pewno nie byliby tym kim byli, ale też mogłoby być ciekawie.

Jedną z najsympatyczniejszych postaci w Lalce jest bez wątpienia autor Pamiętników Starego Subiekta, czyli pan Rzecki, należący do pokolenia romantyków. Temu poczciwemu dżentelmenowi ciężko się odnaleźć w nowej, dążącej do zmian rzeczywistości. Rzecki to taki człowiek, który żyje przeszłością, od lat chodzi w tych samym surducie, wszystkie kobiety traktuje z największą kurtuazją i najchętniej cofnąłby się w czasie do epoki napoleońskiej. Prus wykreował naprawdę udaną postać, która mimo swej naiwności i przesadnego sentymentalizmu bardziej bawi niż denerwuje.

Lalka to była moja pierwsza i ostatnia lektura szkolna, którą czytałam z tak wielkim zainteresowaniem. Powieść ta dostarczyła mi naprawdę wiele emocji - i nawet nie chodzi o sam wątek miłosny, który jest główna osią fabuły. Po prostu, ta książka dzięki bogactwie opisów jest jak podróż w czasie. Historia Wokulskiego może się jednym podobać, drugim nie, ale z pewnością nikt nie zaprzeczy, że Lalka jest powieścią wyjątkową, którą śmiało można nazwać jedną z największych pereł polskiej literatury.

*Prus B., Lalka, Wydawnictwo MG, Kraków 2015, str. 186
Za książkę dziękuję wydawnictwu MG.

czwartek, 5 lutego 2015

Elizabeth Gaskell - Żony i córki

Żony i córki to już moje piąte spotkanie z Elizabeth Gaskell. W dodatku spotkanie najdłuższe, bo powieść ta liczy sobie ponad osiemset stron i przeczytanie jej w całości zajęło mi sporo czasu - głownie dlatego, że prawie cały styczeń przeznaczyłam na naukę, by zdać szybko i bezboleśnie sesję.

Tym razem pani Gaskell zabiera nas do miasteczka o nazwie Hollingford. Jednym z jego mieszkańców jest doktor Gibson, człowiek poważany i lubiany w okolicy. Pan Gibson wcześnie stracił żonę, która po kilku latach małżeństwa zachorowała i zmarła, pozostawiając mu po sobie córeczkę. I to właśnie Molly, bo tak dziewczynka ma na imię, jest główną bohaterką powieści. Poznajemy ją jako beztroską czterolatkę, dla której całym światem jest dom i ukochany ojciec. Doktor Gibson i jego córka są tak mocno ze sobą zżyci, że rozumieją się bez słów, lecz czas biegnie nieubłaganie i Molly kończy wkrótce siedemnaście lat - wkracza w ten wiek, kiedy szczególnie potrzebne jest kobiece towarzystwo, porada i opieka. Pan Gibson wpada tym samym na pomysł, by powtórnie się ożenić. Niestety Molly nie potrafi zaakceptować decyzji ojca i pogrąża się w smutku. W tym czasie pomocną dłoń wyciąga do niej Roger, syn państwa Hamley.


Elizabeth Gaskell jak zawsze z niezwykłą dokładnością buduje realistyczny obraz angielskiego społeczeństwa epoki wiktoriańskiej. Nie zagłębia się wprawdzie w psychikę swoich postaci (co różni ją pod tym względem od Charlotte Brontë) jednak i bez tego ukazuje w interesujący, humorystyczny, czasem ironiczny sposób, szereg osobowości, które budzą naszą sympatię, bawią lub irytują.

Kogo najbardziej polubiłam? Hm... chyba nie mam jednej ulubionej postaci, ale na pewno do grona bohaterów budzących moją sympatię należy doktor Gibson. Uwielbiam jego sarkastyczne poczucie humoru i zdecydowany charakter, który uczynił z niego wspaniałego ojca i lekarza. Panu Gibsonowi zależało na ludziach i chyba to najbardziej mi się w nim spodobało. Co do naszej głównej bohaterki - Molly jest uosobieniem niewinności i uczciwości. Momentami była dla mnie aż nazbyt cierpliwa i po prostu za dobra, jakkolwiek to brzmi. Jej przeciwieństwo stanowi natomiast trzpiotowata Cynthia, córka nowej pani Gibson (o której za chwilę). Cynthia to jedna wielka zagadka. Chyba nie do końca wiedziała, czego chce od życia, nieświadomie idąc w ślady matki, która bynajmniej nie była dla niej autorytetem.

Nowa pani doktorowa zdecydowanie wygrywa mój prywatny ranking na najbardziej denerwującą postać. Ileż w tej kobiecie hipokryzji! Choć nigdy nie grzeszyła inteligencją, umiała zgrabnie manipulować ludźmi i stawiać na swoim. Clare nie była wprawdzie typową złą macochą, bo jakby nie patrzeć próbowała porozumieć się z Molly i stworzyć szczęśliwą, kochającą się rodzinę. Niestety nie zmienia to faktu, że pani Gibson to kobieta o bardzo płytkim umyśle, a jej życiową mantrę stanowią trzy słowa: co ludzie pomyślą.


Dla odmiany bardzo pozytywne wrażenie zrobiły na mnie postaci państwa Hamley. Okoliczny dziedzic i jego żona są jak ogień i woda. On ma porywczy charakter i jest szorstki w obyciu, ona zaś stanowi ucieleśnienie delikatności. Naprawdę polubiłam ich oboje, dziedzica przede wszystkim za rozbrajającą szczerość i oddanie dla żony, a panią Hamley za wrażliwość i uduchowienie. Te właśnie cechy odziedziczył po niej Osborne, ich starszy syn (i zarazem chyba najbardziej melancholijny bohater w całej twórczości Gaskell). Jak pewnie nie trudno się domyślić, jeśli jeden z braci udał się w matkę, drugi musi być podobny do ojca. I tak właśnie jest w tym przypadku, bo Roger Hamley to wierna kopia dziedzica, choć co prawda o łagodniejszym usposobieniu.

Długo mogłabym opowiadać o tej książce. Pani Gaskell tradycyjnie nie zawiodła, bo Żony i córki od początku do końca trzymają wysoki poziom. Nie mam też nic do zarzucenia tłumaczeniu, każdą stronę czyta się bardzo przyjemnie i  płynnie. Gdybym tylko dysponowała większą ilością wolnego czasu, pewnie skończyłabym tę powieść znacznie szybciej, zamiast rozwlekać czas czytania na dwa miesiące. W każdym razie i tak jestem zadowolona, że wreszcie poznałam tę książkę Gaskell i mogłam znów przenieść się do XIX wieku w swojej ulubionej słodko-gorzkiej odsłonie. A jeśli macie ochotę, historię Żon i córek możecie poznać również w wersji filmowej. W 1999r. powstał bardzo przyjemny, czteroodcinkowy miniserial wiernie oddający fabułę powieści. Jak na BBC przystało, jest to porządna produkcja zarówno pod względem aktorskim (Molly, Cynthia i Clare są trafione w dziesiątkę!) jak i wizualno-technicznym. Z czystym sumieniem polecam Wam i powieść i serial. :)

Za miłą lekturę dziękuję wydawnictwu Świat Książki.