sobota, 7 marca 2015

Jo Baker - Dworek Longbourn

Nigdy nie byłam przekonana do różnego rodzaju sequeli, prequeli i innych eksperymentów, gdzie jak nie trudno się domyślić, celem zwiększenia popularności książki bądź filmu, twórca nieraz na siłę nawiązuje do klasycznych dzieł. A jeśli o Jane Austen chodzi, to na jej punkcie jestem już szczególnie przeczulona i mam totalną alergię na takie cudaczne twory jak Duma, uprzedzenie i zombie czy średnio zabawny, raczej żenujący serial Lost in Austen. Mieszane uczucia miałam także w przypadku produkcji Death comes to Pemberley, którą obejrzałam bardziej ze względu na ładne widoki i M. Goode'a w roli Wickhama, niż chęć ponownego spotkania z Darcym i Lizzy (kompletnie nie wiem, czym kierowali się twórcy serialu, obsadzając w głównych rolach dwójkę pasujących tam jak piernik do wiatraka aktorów). Nic więc dziwnego, że do Dworku Longbourn byłam również sceptycznie nastawiona. A że moja mama szukając gwiazdkowych podarków natknęła się na coś z ładną okładką, na której odwrocie jak wół jest napisane "Książka, którą pokochali wielbiciele Jane Austen i serialu Downton Abbey." stwierdziła, że będzie to dla mnie idealny prezent. Od razu mówię, że Dworek Longbourn nie jest jakąś katastrofą, ale do wybitnej literatury bynajmniej nie należy. To takie czytadło dobre do jazdy pociągiem, posłuży też w chwilach, kiedy jesteś zbyt zmęczona, by czytać w całkowitym skupieniu, jednak wolisz sięgnąć po jakąkolwiek książkę, niż zmarnować wieczór oglądając obrazki w internecie.

Przejdźmy wreszcie do fabuły... Jak sam tytuł wskazuje akcja powieści dzieje się w Longbourn, gdzie mieszkają Bennetowie ze swoimi pięcioma córkami - Jane, Elizabeth, Mary, Kitty i Lydią. Tym razem nasi ulubieni bohaterowie schodzą na dalszy plan i ustępują miejsca służbie (jakkolwiek to brzmi). :) Trzy najważniejsze postacie, wokół których skupia się cała fabuła to młoda pokojówka Sara, władcza gospodyni - pani Hill i nowy, enigmatyczny służący o imieniu James.


Główną bohaterkę, czyli Sarę nawet da się lubić. Z mojej strony może nie była to czysta sympatia, a raczej współczucie. Nie od dziś wiadomo, że życie w XIX wieku było wygodne i przyjemne pod warunkiem, że miałeś majątek i odpowiednie urodzenie. Natomiast dziewczęta takie jak Sara mogły jedynie pomarzyć o urokach bycia młodą panną na wydaniu. Nasza bohaterka miała co prawda szczęście, bo trafiła pod dom Bennetów, w miarę możliwości dobrze traktujących swoją służbę (w pamięć zapadł mi fragment, w którym Lizzy oddała Sarze jedną ze swoich starszych sukienek), lecz nie zmienia to faktu, że życie służącej to ciągła praca w pocie czoła, gdzie nie ma czasu na miłość. A nasza główna bohaterka bardzo chciałaby się zakochać. Jej zainteresowanie budzi lokaj Bingleyów - wytworny i arogancki Ptolemy. Sara nie wie jednak, że skrycie podkochuje się w niej James, czyli nowy służący w Longbourn.

Jo Baker miała ogólnie ciekawy pomysł na książkę. Czyta się ją w tempie błyskawicznym, fabuła jest dość wciągająca, aczkolwiek nie do końca podobał mi się język, którym posługuje się autorka. Momentami niechlujny, czasem wręcz wulgarny. Ja rozumiem, że to książka o służbie, która nie przebiera w słowach, ale niektóre wyrażenia lub opisy nieco mnie zniesmaczały.

I to chyba na tyle. Nie powiem, że się zawiodłam, bo moje oczekiwania co do tej książki nie były zbyt wygórowane. Jest to powieść przeciętna, były gorsze i lepsze. Na pewno na plus oceniam miłe dla oka, subtelne wydanie. Książka pod względem treści pozostawia wiele do życzenia, ale chociaż ładnie wygląda na półce. ;)

12 komentarzy:

  1. Okładka-prześliczna, to prawda. Ale czy bym się skusiła na taką lekturę, tak jak stwierdziłaś, no przeciętną? Nie jestem pewna...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla zabicia czasu można przeczytać. :)

      Usuń
  2. Ja też mam alergię na wszelkie kontynuacje czy nawiązania do klasyki. Chociaż ta książka troszkę mnie ciekawi a jeszcze bardziej "Śmierć przybywa do Pemberley"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz troszkę nie na temat. Widzę, że lubisz powieści rozgrywające się w XIX wieku. Czy kojarzysz Georgette Heyer? Ja właśnie dziś skończyłam jej książkę i przymierzam się do napisania opinii. Jak najbardziej pozytywnej :) Ma lekki styl i naprawdę fajnie się to czyta! Myślę, że by Ci się spodobało (choć ja tylko na podstawie jednej książki się wypowiadam).

      Usuń
    2. Nazwisko jest mi znane, ale tylko nazwisko, bo żadnej książki tej autorki jeszcze nie miałam w rękach. Zdradzisz mi co konkretnie czytałaś? :D

      Usuń
    3. Oczywiście :D "Wielką Sophy". Świetnie się przy niej bawiłam :)

      Usuń
  3. Też nigdy nie ufam kontynuacjom. To dla mnie taka trochę siódma woda po kisielu ;P Choć w sumie jak oglądałam Death comes to Pemberley, byłam zadowolona. Myślę, że właśnie taki, a nie inny dobór aktorów pozwolił na pokazanie zmian w bohaterach, które musiały nadejść wraz z upływem czasu. Lizzy i Darcy nie są tam już młodzi i myślę, że właśnie to jest fajne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To logiczne, że nasi bohaterowie musieli przez te kilka lat się zmienić. :) Ale naprawdę, jak jeszcze Darcy'ego jestem w stanie zaakceptować, to Lizzy jest dla mnie porażką na całej linii. Nie wierzę, że po tych sześciu latach małżeństwa mogłaby stracić cały swój urok i zawadiacki charakter. No i wydaje mi się, że kobieta mająca tak majętnego męża mogłaby posiadać jakieś lepsze stroje niż dwie proste zielone suknie. :P

      Usuń
  4. Kurcze, trochę się tego obawiałam, że pod piękną oprawą kryje się przeciętniak, w dodatku psujący nieco obraz, który pozostawił nam w głowie oryginał Austen. Czyli teraz z czystym sumieniem mogę sobie odpuścić ten zakup :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Śmiało możesz sobie darować, niewiele tracisz. :)

      Usuń
  5. Ja też mam problem z wszelkimi próbami dopisywania bohaterom znanych powieści dalszych przygód.
    Niestety kiedyś skusiłam się na jakąś kontynuację DiU, w której okazało się, że Bingley ma nieślubne dziecko. Chociaż w sumie to nie było tak straszne jak dalsze losy Scarlett O'Hary.
    Lost in Austen - ołmajgasz, jaki to był zły, koszmarny serial. I na dodatek nie da się odzobaczyć. Za to Death comes to Pemberley nie był jakoś szczególnie kiepski, raczej dość nijaki, Lizzie i Darcy faktycznie byli pozbawieni tej iskry, ale za to serial dał nam doskonałego Wickhama i chyba jeszcze lepiej odwzorowaną Lydię ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coo? Bingley? :D Jak autorka mogła tak skrzywdzić biedną Jane, a nie pojmuję tego. :P
      No właśnie "DCTP" ratuje Wickham z Lydią oraz ładna otoczka. Gdyby nie to, chyba bym nie pokusiła się na więcej niż jeden odcinek.

      Usuń